A+ A A-

Dwadzieścia lat minęło...

Dokładnie dwadzieścia lat temu, 23 sierpnia 1995 roku, Legia jako pierwszy polski klub awansowała do piłkarskiej Ligi Mistrzów. Wtedy chyba nikt nie przypuszczał, że już rok później sukces Legii powtórzy Widzew Łódź, który niespodziewanie wyprzedził Legię na finiszu sezonu ligowego 1995/96, a osiągnięć Legii i Widzewa do dziś, czyli przez blisko dwie dekady, nie uda się powtórzyć... już nikomu.

Kibicowskie wspomnienia są tworzone przez okruchy, przez chwile, które budują chronologię naszych doświadczeń. Tamten sierpniowy mecz, w ogóle cały dwumecz z IFK Goeteborg to bez wątpienia jedna z takich chwil. Awans do Ligi Mistrzów zapisał się złotymi literami w historii naszego klubu, mimo że wywalczony był przez drużynę stanowiącą efemerydę zbudowaną na dziwacznych zasadach, w których mieszały się wojskowe struktury klubu i ambicje prywatnego inwestora, Janusza Romanowskiego, wypożyczającego do Legii piłkarzy Pogoni Konstancin. Włosy stają człowiekowi dęba na głowie, kiedy dziś pomyśleć o takiej recepcie na sukces... Gra w Lidze Mistrzów znakomicie przesłania też w naszych wspomnieniach to, co stało się z tą drużyną wkrótce - mistrzostwo Polski podarowane Widzewowi Franciszka Smudy, kiedy w decydującym meczu na Łazienkowskiej legionistom zabrakło determinacji w dążeniu do zwycięstwa, a syta Legia uległa głodnemu sukcesu Widzewowi, mniej czy bardziej świadomie bliżej będąc myślami zagranicznych transferów i prawdziwych pieniędzy, które można było zarobić w różnych zakątkach Europy niż kolejnych laurów czekających na zdobycie w kraju. Tego rodzaju okoliczności towarzyszące zamazują się, blakną, tracą znaczenie – bo do kibicowskiej wyobraźni najlepiej przemawiają emocje wiążące się z konkretną chwilą, z konkretnym triumfem. Właśnie takie zwycięstwa tworzą legendy i budują wspólną, kibicowską tożsamość. Dziś, z perspektywy niemal dwudziestu lat nieprzerwanych niepowodzeń Polaków w staraniach o Ligę Mistrzów, tamten sukces wygląda jeszcze okazalej. Pielęgnujmy go zatem – bo naprawdę warto. Tamta drużyna była wielka, zrobiła coś niezapomnianego i zasługuje na ogromny szacunek.

Byłem na pierwszym meczu w Warszawie. Czułem przed nim umiarkowany optymizm. Szwedzi z Goeteborga wprawdzie nie znajdowali się na szczycie listy życzeń w losowaniu, tę otwierali Duńczycy z Aalborga (którzy pokonani przez Dynamo Kijów, ostatecznie zagrali jednak w lidze Mistrzów po tym jak hiszpański sędzia Nieto zarzucił Ukraińcom próbę przekupstwa przed meczem z Panathinaikosem), to była ograna na europejskich boiskach drużyna, mająca w składzie taką sławę jak bramkarz Thomas Ravelli. Legia z kolei boleśnie sparzyła się na poprzedniej próbie awansu, ponosząc klęskę w dwumeczu z Hajdukiem Split. Nasz zespół wydawał się jednak mocniejszy niż w roku 1994, bardziej kompletny, zwarty i gotów na rywalizację, mimo że pozbawiony takiej gwiazdy jaką poprzednio był Wojciech Kowalczyk. Miałem dobre przeczucia i mecz w Warszawie je potwierdził. Nie było to wielkie widowisko, brakowało w nim sytuacji strzeleckich, a jedynego gola strzelił Jerzy Podbrożny z rzutu karnego podyktowanego za faul na Cezarym Kucharskim. W bramce gości nie stał już wtedy Ravelli, który musiał opuścić boisko z kontuzją. Największa trauma tego wieczoru wiązała się z moją stadionową lokalizacją – siedziałem z kumplem przed krytą, po tej stronie, po której padł gol dla Legii, tymczasem kibice z wyższych rzędów krytej ciskali w dół 'achtungi'. Jeden z nich wylądował w przejściu między sektorami krytej i tymi przed krytą, wywołując spory popłoch i dając asumpt do tego, by jeden z równie jak my zagrożonych kibiców odwrócił się wreszcie i zaczął głośno pytać kolegów po szalu czy przypadkiem w jakimś momencie swojego życia nie rozstali się z rozumem, oczywiście w dalece bardziej dosadnych słowach. Najlepsze podsumowanie meczu usłyszałem z ust mojego kumpla w taksówce. Na pytanie taksówkarza o mecz, T. odparł w swoim charakterystycznym stylu, doskonale dobierając słowa, że to co pokazała Legia, sprawia, że można być dobrej myśli przed rewanżem.

O rozegranym 23 sierpnia meczu rewanżowym napisano mnóstwo słów, choćby o kontrowersyjnym pomyśle trenera Pawła Janasa, który zdecydował się posadzić na ławce legijnego lidera, Leszka Pisza oraz o tym, że to właśnie Pisz zdobył arcyważną bramkę na 1:1, o paradoksie, strzałem głową. Bramkę na 1:0 zdobył dla Szwedów Jesper Blomqvist, ten sam, który miał wkrótce zwiedzić kawał piłkarskiego świata, zahaczając o takie firmy jak AC Milan i Manchester United. Nieskutecznie pilnujący Blomqvista Jacek Bednarz wspominał później, że wiedział, że Blomqvist gra głównie lewą nogą, tymczasem ten niespodziewane ustawił sobie piłkę na prawej i huknął nie do obrony. Szwedzi byli mocni, dominowali, ale popełniali błędy w obronie. Po jednym z nich obrońca Olsson brutalnie powstrzymał wychodzącego na czystą pozycję Podbrożnego i otrzymał czerwoną kartkę. Grając w osłabieniu, Szwedzi nadal byli groźni, zdobyli nawet gola, który nie został uznany z powodu niewielkiego spalonego. Losy awansu wisiały na włosku – wtedy, kwadrans przed końcem meczu, w pole karne wbiegł Pisz i głową strącił w kierunku długiego roku piłkę dośrodkowaną z prawego skrzydła. To była piękna akcja, w której piłka wędrowała niczym po sznurku od Zielińskiego do Wieszczyckiego, Lewandowskiego i wreszcie na głowę Pisza. Potem była jeszcze jedna czerwona kartka dla piłkarza Goeteborga, bramka Jacka Bednarza i... Dariusz Szpakowski, który chyba najbardziej w karierze komentatora 'zapunktował' wśród kibiców Legii, wygłaszając pamiętną kwestię: „Wszystkich, którzy pytają mnie gdzie jest Legia, odpowiadam – w Lidze Mistrzów!” (było to nawiązanie do przyśpiewki powtarzanej na polskich stadionach „Gdzie jest ta Legia, Szpakowski, gdzie jest ta Legia”).

Jakże inne to były czasy. Dziś internet umożliwia wspólne świętowanie zwycięstw i przeżywanie porażek, komentowanie, dzielenie się spostrzeżeniami, wtedy byli tylko ci, z którymi można było o piłce pogadać na żywo, krótkie wzmianki w telewizyjnych wiadomościach i wszystkie możliwe gazety następnego dnia. No i zjechane do granic możliwości kasety VHS, które dziś skutecznie zastępuje nam youtube:

Tak sobie myślę, że kiedy zaczynałem interesować się Legią, w połowie lat osiemdziesiątych, minęło raptem piętnaście lat od największych sukcesów Legii, od mistrzostw Polski z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych oraz awansu do półfinału PKME. Tamte sukcesy wydawały mi się nieosiągalną prehistorią. Tym trudniej uwierzyć, że od awansu Legii do Ligi Mistrzów mija właśnie dwadzieścia lat...

Dyskusja (6)
1niedziela, 23, sierpień 2015 16:41
Dzynek
Ja zaś nie znoszę takich rocznic. Cieszymy się z rzeczy, która powinna być dla nas standardem, a stała się ewenementem w skali europejskiej. Wspominamy to jak powstanie listopadowe, czy Insurekcję Kościuszkowską. Jeszcze trochę i zrobimy z tego święto narodowe.
Na pierwszy rzut oka piękne zwycięstwo, a po głębszym spojrzeniu obrazuje przyczyny lat klęsk i kompromitacji na klubowej arenie europejskiej.
Ta rocznica nie jest czymś, ż czego powinniśmy się cieszyć. 20 lat minęło, kiedy ktokolwiek się z nami liczył, bo teraz to każdy przeciwnik, nawet z Kazachstanu chce nas w pucharach wylosować.
Wolę świętować 3 z rzędu awans do Ligi Europy i kolejne, zasłużone zwycięstwa Legii. Bo to wynika z dobrej, codziennej pracy, a nie ze zbiegu kilku okoliczności, które w normalnych ciągu przyczynowo - skutkowym prowadzą do pasma klęsk i upokorzeń. Jak przez ostatnie 20 lat.
2niedziela, 23, sierpień 2015 21:27
corazstarszy
'Rezurekcję Kościuszkowską'
Sorry, Dzynek, ale nie wyjedź z tym sformułowaniem wnukom czy dzieciom, czy z kim tam z młodszego pokolenia masz kontakt. Historia ważna rzecz, i nie należy przekręcać. Później się takie kwiatki rozchodzą jako 'marszałek Piusucki', 'Konstytucja 1 maja', 'Cud pod Wisłokiem', 'wypadek poznański z 1968' i 'porozumienia Solidarności ze stroną rządową z grudnia 1981'.

Ad rem, przyznam, że zamarłem, gdy Goeteborg strzelił na 2-0 w rewanżu. Zanim dotarło do mnie, że sędzia nie uznał, miałem jakiś breakdown, czułem się oszukany, ośmieszony, wystrychnięty na dudka. Bo jak? Gramy w 11 na 10 i oni nam strzelają? To nigdy nie awansujemy.
Po losowaniu, stwierdziłem, że nie ma szans. W edycji 94/95 IFK doszedł do 1/4 finału. Tam zremisowali z Bayernem w Monachium 0-0 i, zbyt pewni siebie przed rewanżem, zremisowali 2-2 u siebie. Ale mogli zajść wyżej.
Wyeliminowanie Ravellego to 'zasługa', myślę, że wykonana z rozmysłem, Wieszczyckiego. Celowo go zahaczył po wrzutce Pisza spod linii bocznej z rzutu wolnego pod koniec 1. połowy.
Co jeszcze pamiętam? Turlającego się Kucharskiego w pierwszym meczu. Był faul, ale nie na 6 czy 7 obrotów o 360 stopni po ziemi.
Awans jednak przyjąłem jako rzecz, co prawda, zaskakującą, ale jednak w miarę naturalną, logiczną. Nie śniło mi się, że ChL pozostanie turniejem zamkniętym szczelnie dla polskich drużyn najdłużej w Europie.
Jestem w stanie sobie wyobrazić awans polskiego klubu do fazy grupowej przy obecnym układzie sił. Jako konfluencję szczęścia, lepszej formy własnej, gorszej przeciwnika, fartownych decyzji sędziego, etc. Chciałbym, aby tego zaszczytu jako pierwsza po latach dostąpiła Legia. Ale w to nie wierzę. Nie będziemy zbyt często zdobywać MP, więc nawet nie będziemy odpowiednio często startować w eliminacjach.
Z tamtej edycji ChL utkwi mi też w pamięci pokonanie mistrza Anglii (dzisiaj coś niewyobrażalnego) i niemożność przygotowania boiska na pierwszy mecz z Panathinaikosem (dmuchawy z Okęcia i żołnierze służby zasadniczej oskardami kruszący lód).
3poniedziałek, 24, sierpień 2015 09:23
Dzynek
@corazstarszy
Wtopa na całej linii.
Dzięki za celną uwagę. Już poprawiamSmile
4poniedziałek, 24, sierpień 2015 20:40
gawin76
@ Dzynek

Pewnie, nie ma się co cieszyć, że to już 20 lat (i to z wielu przyczyn, także pozapiłkarskich Very Happy ), ale to nie wina tamtej drużyny, że nikt po nich nie dał rady. Kurde, jaką człowiek czuł wtedy dumę, że to właśnie Legia, że my pierwsi...

O takim sposobie budowy klubu piłkarskiego i takim poszukiwaniu drogi do sukcesu, o jakich piszesz, my możemy mówić dzisiaj. Wtedy inne były stadiony, inna telewizja, inne kontrakty reklamowe, inne przepisy dotyczące transferów, inna struktura własnościowa klubów... Wtedy była walka o przetrwanie, a nie rozważania co zrobić ze stoma milionami złotych rocznego przychodu Wink

Reasumując, nie widzę powodów, żeby nie wspominać ciepło tamtych chwil.

@ corazstarszy

Co do awansu polskiej drużyny w ogóle, a Legii w szczególności to niestety sporo jest racji w tym co piszesz. Nawet krajowi dominatorzy z tych lig, których mistrzowie muszą przedzierać się przez eliminacje, raz na jakiś czas zaliczają wtopy, bo konkurencja jest coraz silniejsza. Prawdopodobnie będziemy więc potrzebować jeszcze kilku prób. Oczywiście, może tylko jednej, a może trzech czy czterech. A że daleko nam do miana krajowego dominatora więc te 'kilka prób' może zostać rozłożone na jeszcze ładnych parę lat.

Dlatego tak żal tej kompromitacji z Beresiem z zeszłego roku, to była nasza kolej na awans, drużyna była gotowa jak tamta z 1995 roku... Trudno powiedzieć kiedy znów powtórzy się tak korzystne ułożenie gwiazd.

Ale, żeby nie było tak pesymistycznie, przy obecnej formule kwalifikacji, przy tym potencjale finansowym i ludzkim tkwiącym w Legii, od Ligi Mistrzów dzieli nas moim zdaniem dziś tylko jedno - cierpliwość.
5wtorek, 25, sierpień 2015 08:45
Moros
@Gawin

Cierpliwość na pewno tak, choć tutaj pojawia się pytanie jak będzie przedstawiała się formuła eliminacji do LM w przyszłości. Pamiętajmy, że brak awansów naszych klubów do LM przez ostatnie 19 lat to nie tylko słabość naszych drużyn ale i system eliminacji, który powodował, że trafialiśmy na drodze takie tuzy jak Barcelona, Real czy Fiorentina. Wprawdzie w tej chwili UEFA stara się najlepszym dawać miejsce "z urzędu" ale nie ma się co oszukiwać, gdyby Platini nie rozdzielił eliminacji na dwie drabinki "mistrzowską" i "nie mistrzowską" nasze szanse na awans byłyby o wiele mniejsze. Kto wie czy za jakiś czas nie trafi się taki prezes, który pod naciskiem zachodnich federacji, przywróci poprzedni system. Takie ryzyko zawsze istnieje, bo systemy eliminacji do europejskich pucharów przez ostatnie kilkanaście lat się zmieniały i obecny też pewnie nie jest dany raz na zawsze. Znając pazerność "zachodnich" prezesów nie można wykluczyć, iż kiedyś uznają że LM nie powinna być dla takich jak mistrz Polski, Słowenii czy Bułgarii...

Co do pamiętnego okresu sprzed 20 lat to pamiętam, że jeszcze tak bardzo nie żyłem piłką. Miałem 13 lat i pierwszego meczu nawet nie obejrzałem do końca bo wolałem wyjść na podwórko. Rewanż obejrzałem ale nie było to jakieś wow. Jednakże rozgrywki grupowe to już było to. Mecz z Rosenborgiem gdzie wydawało się, że przyjechali dostarczyciele punktów, a w drugiej połowie Mini Jacobsen wyprowadził ich na prowadzenie... Potem krętacz Juran, następne co mi zapadło w pamięci do interwencja Szczęsnego pod koniec meczu w Blackburn no i pamiętny dwumecz z Panathinaikosem Ateny. Wyobrażacie sobie teraz taką parę w ćwierćfinale Ligi Mistrzów? Smile
6środa, 26, sierpień 2015 10:38
gawin76
@ Moros

To prawda z tą formułą, ale też gdyby Liga Mistrzów była faktycznie ligą mistrzów, a nie wicemistrzów i klubów z trzecich czy czwartych miejsc, pewnie też inaczej by to wyglądało we wcześniejszych latach. Dworując sobie z polskiej impotencji w staraniach o awans, łatwo zapomnieć że my naprawdę mieliśmy kolosalnego pecha w losowaniach.

Może jakiś szef federacji coś zmieni na niekorzyść, ale raczej nie będzie to Platini ani nikt z jego ekipy (gdyby Platini poszedł do FIFA). Zresztą nasza część Europy to jednak duży rynek, zupełne zatrzaśnięcie nam, Węgrom czy Serbom drogi do Ligi Mistrzów byłoby, wydaje mi się, marketingowym błędem... Chociaż licho wie, zdaje się, że nawet na polskim TT widziałem teksty, że ciężko się pogodzić z tym, że w LM zagra BATE czy inna Astana, a nie zagrają jakiś jeden czy drugi artycha futbolu z Lazio czy innego Monaco. Ręce wtedy opadają...

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1