- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- iocosus & a-c10
Sukcesja
„Sukcesję” na HBO wciągnąłem euforycznie, niczym niektórzy bohaterowie tego serialu inne używki. Duża kasa, wielki biznes, zmiany właścicielskie, przekazywanie władzy w firmie, czy to w rodzinie, czy to w celu wyautowania jej członków, obojętne, to bywa frapujące. Ale nie o recenzję filmową tu chodzi. Sukcesja w futbolu przebija scenariusze X muzy.
W niedzielę 8 marca graliśmy z Cracovią, na tej kanwie zagadnąłem na czarnej-eLce naszego Albiceleste, co tam w krakowskiej trawie piszczy? Jak sukcesja pod Wawelem przebiega? Otrzymałem odpowiedź tyleż ciekawą i wyczerpującą, że przestraszyłem się, że w annałach komentatorskich się zagubi, a byłaby to niepowetowana strata gdyby nam umknęła. Wszak „sukcesja krakowska” może być przyczynkiem do rozważań o „sukcesji warszawskiej” jak i do szerszych rozważań o zmianach właścicielskich tych pożądanych i niepożądanych w naszej swojskiej kopanej. Mamony wszak w niej, coraz więcej, w europejskim rankingu pniemy się w górę, czy zatem wszystko jest takie piękne i ładne i czeka polskie kluby już tylko świetlana przyszłość?
Mecz z Cracovią za nami, ale kwestie, które poruszył Albiceleste są aktualne. Zarówno te „sportowe” jak i te „sukcesyjne”. Warto o nich popitolić, porozważać w innym niż w pomeczowym wątku.
Początkowo kwestie sportowe chciałem pominąć, ale okazuje się, że w zasadzie, to uczestniczymy w tym samym wyścigu, czyli bronimy się przed spadkiem!? W Cracovii więcej punktów, ale w naszych szeregach, o dziwo, chyba więcej optymizmu? Kto zatem spadnie?
Przeklejam cały wpis A-c10, przygotowując się równocześnie do własnych odniesień z komentarzem:
"Czy Legia taka dobra w defensywie, czy Cracovia tak słaba w ofensywie
Odpowiedź B. Znaczy nie wiem, A może też, się okaże, ale B na pewno. Myśmy, Iocosusie, w pięciu, a teraz już sześciu meczach w bieżącym roku strzelili tylko cztery bramki, z czego zaledwie jedną z gry. Pozostałe to:
• rzut karny (po innym stałym fragmencie i błędzie rywala, to nie była jakaś płynna akcja, którą koniecznie należało zatrzymywać faulem);
• niezbyt ceniony przez trenera Elsnera (o nim jeszcze będzie) długi wrzut z autu;
• fartownie wykończony rzut wolny (i kolejny błąd, a nawet wielbłąd rywala).
Zresztą, problem pojawił się znacznie wcześniej, niż z początkiem Anno Domini 2026, dlatego…
to był mecz, w którym jedna drużyna gramoli się z mozołem z dołka, a druga sprawiała wrażenie jakby do niego wpadała
Otóż nie. Wygląda to raczej tak, że jedna z drużyn być może, mozolnie i powoli, wyłazi z ciemnej dupy. Druga zaś do tej ciemnej dupy wpadła dawno temu i nie tylko nie wyłazi, lecz nawet zamówiła już komplet nowych mebli kuchennych i planuje remont łazienki. Żeby Ci to lepiej unaocznić: w pierwszych jedenastu spotkaniach bieżącego sezonu Cracovia zdobyła 21 punktów i z bardzo przyzwoitym bilansem bramek 20:12 zajmowała trzecie miejsce w tabeli. Owszem, po srogim laniu w Białymstoku i porażce w meczu przyjaźni w Gdyni na rozpalone głowy poleciało trochę zimnej wody i przebąkiwania o mistrzostwie (tak, były takie!) niemal kompletnie ucichły. Wciąż jednak zapowiadana jako przedsezonowy cel europejska kwalifikacja wydawała się jak najbardziej realna.
25. października 2025, w ramach 13.* serii spotkań mierzyliśmy się w Szczecinie z Pogonią. Do przerwy wszystko szło jak należy. Graliśmy nieźle, prowadziliśmy 1:0 po golu Stojilkovicza, generalnie nic nie zapowiadało problemów. Niestety, po zmianie stron gospodarze zwarli szyki, cofnęli linię obrony, wybili nam z rąk wszelkie ofensywne atuty i odwrócili losy meczu. Od tamtej pory, licząc wzmiankowane starcie z Portowcami, rozegraliśmy trzynaście spotkań, w których zdobyliśmy zaledwie dwanaście punktów. W tabeli za ten okres daje nam to znów trzecie miejsce, tyle że tym razem od końca. To jest po prostu forma na spadek. I trudno tu mówić o jakimś pechu, czy innych niesprzyjających okolicznościach. Jeśli już, to ten wynik jest lepszy, niż gra. Gdyby nie Seba Madejski, który niepostrzeżenie i niespodziewanie wyrósł nam na bohatera, tych oczek byłoby jeszcze mniej. Fatalnie wygląda to zwłaszcza z przodu. Dziewięć trafień w trzynastu spotkaniach to bilans wprost kompromitujący, ale niestety dobrze odzwierciedlający naszą ofensywną nieporadność. Grasz z Cracovią? Cofnij obronę, nie zostawiaj hektarów przestrzeni przed swoim bramkarzem, zablokuj środek. Od momentu, gdy cała liga to zrozumiała, nie mamy żadnego, ale to żadnego pomysłu na konstruowanie ataków.
Winę za to niewątpliwie ponosi trener. Zapowiadany jako szkoleniowiec sponad naszego poziomu, opromieniony doświadczeniami w Belgii i Francji Luka Elsner okazał się siwiejącym bajerantem. Paulo Sousą Mk2. Facet wygląda jak z żurnala i bardzo składnie się wypowiada, ale na tym lista jego zalet się kończy. A niestety, ani za aparycję, ani za nienaganną składnię punktów w tabeli Ekstraklasy nie przyznają. Od końcówki października (cztery i pół miesiąca!) gostek szuka (podobno?) jakiegoś planu B i nijak go znaleźć nie może. Uśmiałem się szczerze, gdy Zbyszek swoim zwyczajem zaczął się rozpisywać jakichś – pożal się, Boże – „systemach”. System gry Cracovii pod wodzą Elsnera wygląda tak, że mamy na boisku 4-5 stoperów i 5-6 środkowych pomocników. No, ewentualnie jeszcze Dominika Piłę.
Owszem, kontuzja Otara Kakabadzego raczej nie jest winą szkoleniowca. Ale już kompletna marginalizacja, a w konsekwencji wypchnięcie z klubu takich postaci, jak David Olafsson i Bartosz Biedrzycki już jak najbardziej jest. Oczywiście, nie żeby ten duet to byli jacyś arcywymiatacze. Sęk w tym, że bez nich nasz zasób zawodników umiejących grać przy linii ogranicza się do w/w Piły. Podbijać Ekstraklasę Dominikiem Piłą? Eee… yyy… nooo…
Co gorsza, Elsner nie umie też w rezerwowych. Trudno się oprzeć wrażeniu, że – podobnie zresztą, jak Sousa – obecny trener Pasów robi zmiany z generatora. Chociaż… generator mógłby lepiej trafiać. Bo Elsner wpuszcza zawodników ofensywnych wtedy, gdy przydaliby się raczej defensywni i na odwrót.
Generalnie facet jest do wywalenia. Tu się nie ma co rozczulać nad ciągłością pracy, dawaniem drugiej szansy, etc., bo jego praca nie przynosi efektów, a kolejne szanse są marnowane. Elsner to żaden trener, a jednak profesjonalny klub piłkarski trenera posiadać powinien. Pokazują to dość dobitnie świeże przykłady Legii i Widzewa. Szkopuł w tym, że – echhh… – niespecjalnie wiadomo… kto w zasadzie miałby go zwolnić i zatrudnić następcę. I tu możemy sobie gładko przejść do kwestii właścicielskich.
Wieloletni związek Janusza Filipiaka (świeć, Panie, nad jego duszą) z Cracovią to było małżeństwo z rozsądku. Owszem, po stronie Profesora istniał niewątpliwie jakiś, z czasem pewnie nawet rosnący, sentyment do klubu. Niemniej… miłość? Jakieś wodotryski, płomienie, motyle w brzuchu? No nieee, o niczym takim nie było mowy. Profesorowi Cracovia była potrzebna jako element prestiżowo-dekoracyjny. Ot, po prostu: gdy jechał do jakiegoś Davos (czy gdzie tam indziej) spotykać się z podobnymi sobie bogolami, to miał wszelkie potrzebne atrybuty bogolstwa. Obuwie za moją roczną pensję (albo i lepiej)? Si. Rolls-Royce? Yes, sir. Odrzutowiec? Check. Klub piłkarski? Mhmmm. Oczywiście, byłoby jeszcze galanciej, gdyby rzeczony klub mógł się pochwalić jakimiś sukcesami. Filipiak jednak szybko doszedł do wniosku (a może wiedział to od początku?), że na jego nadzianych znajomkach przewagi Pasów z krajowego podwórka nie zrobią żadnego wrażenia, bo przecież poza Polską polską piłką nikt się nie interesuje. A żeby dokazywać w Europie, to już Profesorowi nie starczało majątku. Kontentował się więc samą obecnością Cracovii w Ekstraklasie. I płacił akurat tyle, by tę obecność przedłużać. Głębiej do kieszeni sięgał tylko wtedy, gdy widmo degradacji stawało się naprawdę wyraźne. A i to nie zawsze.
Jak się łatwo domyślić, w światku pasiastych kibiców taka postawa wywoływała pewien resentyment. Pretensje nawet nie o to, kim Profesor był, a o to, kim nie był. No bo bądźmy szczerzy, te dwadzieścia parę lat temu istniały silne nadzieje na to, że Janusz Filipiak będzie naszą odpowiedzią na Bogusława Cupiała. Że nasypie nam kasy pod korek, ściągnie rewelacyjnych piłkarzy i fenomenalnych trenerów, pomoże zdetronizować (he, he) serdeczną przyjaciółkę z drugiej strony błoń i przywróci klubowi należną mu chwałę. Niestety, w miarę szybko okazało się, że te nadzieje spełzną na niczym. A po paru sezonach pojawiło się znane tu i ówdzie powiedzonko o tym, że w Cracovii po staremu: chujowo, ale stabilnie. Mimo swej wulgarności, dość dobrze oddaje ono istotę rzeczy. Bo też bądźmy szczerzy, przez długie lata była Cracovia w Ekstraklasie klubem chujowym. Niezainteresowanym niczym poza prolongatą ligowego bytu na kolejny sezon. Niewzbudzającym (poza krótkimi wyjątkami) żadnych pozytywnych uczuć jeśli chodzi o estetykę gry. Oj, wręcz przeciwnie.
I ta chujowość mocno wielu kibiców Pasów uwierała. Wielu domagało się odejścia Profesora. Wiele razy zdarzały mi się dysputy, polemiki, a nawet kłótnie, zawsze bowiem wychodziłem z założenia, że lepiej być chujowym klubem w Ekstraklasie, niż wybitnym w okręgówce. Albo nie istnieć w ogóle, co niedługo przed przyjściem Comarchu stanowiło zupełnie realny scenariusz. A Filipiak, jaki by nie był, pozostawi po sobie bardzo ładny, funkcjonalny, dostosowany rozmiarem do potrzeb stadion oraz
ośrodek treningowy. Ergo, bez względu na zmiany reżimu, podstawowa przyszłość klubu będzie zagwarantowana. No bo przecież z tą zmianą reżimu to też różnie może być.
Jeszcze za życia J.F. pojawiały się niby jakieś przewidywania dotyczące sukcesji, generalnie jednak istniały dwa konsensusy:
1) wszystko zostanie w rodzinie. Jako potencjalna następczyni Profesora dość często przewijała się jego najmłodsza córka, Maria, którą wielu pasiastych kibiców (w tym sługa uniżony) pamiętało jeszcze jako berbeciowatą dziewczynkę tuptającą sobie po trybunach starego obiektu przy K1. To by była piękna historia. Jednocześnie wszystko – no właśnie – zostałoby wewnątrz, a też Marii nikt by nie zarzucił, że jest „biedaczką z Bydgoszczy”. Bo przecież ona i urodzona w Krakowie, i, jako się rzekło, wychowana na Ziemi Świętej. Wieść gminna niesie, że sam Profesor także był zwolennikiem takiego rozwiązania;
2) nawet jeśli nie zostanie w rodzinie, to przecież ktoś nas weźmie. W domyśle: ktoś zamożniejszy, ambitniejszy i odważniejszy od Filipiaka. Bogatych ludzi wszak w Krakowie nie brak, a po degrengoladzie Wisły jesteśmy najpoważniejszym klubem w mieście. Znaczy, rzecz oczywista, zawsze byliśmy, aczkolwiek teraz to już nikt nie powinien mieć żadnych wątpliwości, prawda? Prawda…? Jak się łatwo domyślić, tego typu teoriom sprzyjali raczej kibice niechętni Comarchowi.
Oba te konsensusy okazały się mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością. Sama Maria wyrażała podobno zainteresowanie działalnością w klubie, jednakże jej (nieliczne i dość enigmatyczne) wypowiedzi w tym temacie datowane są na ładnych kilka lat przed śmiercią ojca. Czy jej się później odwidziało, czy została wypchnięta poza nawias – tego nie wiemy, ale tak naprawdę nie ma to jakiegoś przesadnego znaczenia. Co zaś się tyczy naiwnie, jak widać, oczekiwanego powszechnego zainteresowania przejęciem KSC przez (około)krakowskich i nie tylko nababów… Cóż, oficjalnie nikt nic nie powie, z cichych i półgębkiem przekazywanych wiadomości od pracowników klubu wynika, że praktycznie go nie było. Większość fruwających po mediach doniesień zostało podobnież wyssanych z palca. Niektóre wręcz z tego dwudziestego pierwszego.
I tak oto zostaliśmy z Platkiem, który wziął się trochę znikąd i jest… trochę nigdzie. O ile Profesor bywał ojcem skąpym, surowym, czasem wręcz – wybacz, Profesorze – zramolałym, tak do pana Roberta idealnie pasuje określenie absent father. Niby kupił klub, niby jakoś tam go dokapitalizował, ale od tamtej pory rzadko daje jakiekolwiek oznaki życia. Teorie są dwie, niekoniecznie ze sobą sprzeczne:
a) doniesienia o nagłych, poważnych problemach rodzinnych nowego pasiastego capo di tutti capi opierają się na prawdzie. Rzekomo ktoś z jego bliskich ciężko się rozchorował. Jeśli tak faktycznie jest, to – współczując, rzecz jasna, tej osobie – można by mieć nadzieję, że wraz z poprawą jej stanu zdrowia, aktywność Platka wzrośnie;
b) Platek kompletnie przestrzelił jeśli chodzi o możliwość realizacji swych zamiarów. Chciał kupić klub, wypromować go przez europejskie puchary, a następnie zyskownie sprzedać. W samym takim zamyśle nie byłoby, co jasne, nic zdrożnego, bądź niemożliwego. Sęk w tym, że pan R.P. wyobrażał sobie siebie samego jako zbawcę, który przyjedzie na piłkarski dziki wschód, sypnie kilka baksów i cyk-fik-pach wszystko powygrywa. A tu się szybko okazało, że choć Ekstraklasa jest w oczywisty sposób tańsza od Serie A, to nadal osiąganie w niej sukcesów wymaga pokaźnych nakładów tak finansowych, jak i wysiłkowych.
Jak by nie było, wylądowaliśmy w stanie zawieszenia. Pańskie oko nie patrzy, więc koń chudnie. Kota nie ma, przez co myszy harcują. Niedawna, na szczęście już chyba wyciszona, chryja o Cichy Kącik to potężna żenówa, która nigdy nie powinna była się wydarzyć, a po której zarówno pani profesorowa, jak i obaj obecni klubowi wiceprezesi, mają mocno urąbane papcie. Wizerunkowo nie zyskał na tym nikt, finansowo to się jeszcze okaże, a najbardziej dostał po dupie sam klub. Trenera, jako się rzekło, na chwilę obecną de facto nie ma. Nie ma też sponsora głównego na następny sezon, bo po dekadach współpracy z pasiastych koszulek zniknąć ma Comarch. Nie ma planu (przynajmniej nic o tym nie wiadomo), nie ma kursu, nie ma jasnych perspektyw na przyszłość.
Słowem, nadal jest chujowo. Ale już nie jest stabilnie.
Oczywiście, do tragedii nadal, na szczęście, sporo brakuje (ptfu, ptfu). Platek nie po to przecież kupował klub, by na nim tracić. Jeśli zatem główna myśl jego wywiadu dla Gabriela Rogaczewskiego (my tu tylko na chwilkę) jest prawdziwa, jemu samemu powinno bardzo zależeć, by Cracovię doprowadzić do porządku. Niemniej, w chwili obecnej bardzo trudno byłoby logicznie obronić tezę, że w porównaniu z erą Filipiaka nastąpił jakikolwiek progres. Regres udowadnia się sam.
Co zaś się tyczy Cyber Jarka, to już nawet nie o to chodzi, że on w swej wypowiedzi o Elżbiecie Filipiak jakoś strasznie szeroko minął się z prawdą. Ba, stwierdzić by można, że jak na niego, pocelował wyjątkowo blisko rozsądku (czyli wciąż daleko, ale). Tyle tylko, że jeśli rozmawiamy o zmianach właścicielskich w klubach oraz oczekiwaniach i wokół tychże, to Jaruś w swych (licznych i idiotycznych) medialnych erupcjach kreuje się z jednej strony na nowoczesnego, nawijającego korposlangiem menedżera, z drugiej zaś na człowieka prawego, silnie przywiązanego do etyki i tradycyjnych wartości. Śmiechu warte. Przecież on jest pacynką kumatych. Może ciut mniej obciachową (za to brzydszą), niż Sarapata, wciąż jednak pacynką. Tańczy tak, jak mu zagrają. A jak im się przestaną podobać jego pląsy, to sobie zainstalują inną pacynkę.
Pisałeś Na Aucie, że Wojciech Kwiecień się z nim (i z Błaszczykowskim) nie dogadał. Moim zdaniem to nie tak. W.K. dysponuje wystarczającym majątkiem, by w razie chęci po prostu kupić sobie Wisłę i czniać przy tym wszystkich Jarusiów i Kubusiów tego świata. Najwyraźniej natomiast nie ma ochoty być pacynką. Ani nawet na którymś tam etapie usłyszeć od kumatych, że ma wypierdalać, bo klub to oni, nie on.
Zauważ, Iocosusie, że w ostatnich latach zamożni Polacy wkładający pieniądze w piłkę nożną celowali raczej w kluby drugiego, trzeciego, a nawet ósmego rzędu. Czym był Raków przed Świerczewskim? No niby coś tam grywał w Ekstraklasie, ale dawno temu i bez zauważalnych sukcesów. Motor przed Jakubasem? To samo. Pierwszy sezon po powrocie do elity wystarczył im do wykręcenia najlepszego wyniku w historii, czyli siódmej lokaty. To o czymś świadczy. Kwiecień, a przed nim Witkowscy poszli jeszcze dalej i praktycznie stworzyli sobie kluby od zera. Ani Wieczysta, ani BBT bez swoich obecnych właścicieli nie mają racji bytu. Dobrzycki poszedł w Widzew, który niby kiedyś był wielki, ale od tamtej pory parokrotnie zdążył się rozpaść, upaść i mozolnie wygrzebać z bagna, więc jego fani raczej nie prezentują postawy typu „wyżej sramy, niż dupę mamy!”. Tymczasem:
• magistrackie molochy (Górnik, Śląsk, etc.) niby szukają nowych właścicieli, niby co i rusz są o krok od prywatyzacji, tylko jakoś za każdym razem nic z tego nie wychodzi;
• w Krakowie Wisła nie może znaleźć poważnego zastępstwa dla Cupiała, zaś Cracovia, wygląda na to, będzie się długo zbierać po odejściu Filipiaka;
• w Szczecinie kanadyjsko-irański hochsztapler wydaje się ciągnąć Pogoń na dno.
Jak to wszystko wróży Legii? Uhmmm… Ahmmm…"


O sukcesji futbolowej aż tak ciepłych słów w naszych warunkach powiedzieć się nie da. Przede wszystkim rzuca się w oczy, że nawet kiedy za polską piłkę biorą się majętni ludzie, to nie robią tego jednak po to, żeby co sezon dokładać do interesu dziesiątki milionów złotych. Dopowiem, że co do zasady słusznie, choć mam wrażenie, że to właśnie wizja polskich odpowiedników różnych szejków i oligarchów, pompujących w piłkę środki bez hamulców i opamiętania, jest najbardziej pożądaną wśród kibiców, a na nową jakość wygląda tu Dobrzycki, choć jeszcze za wcześnie oceniać, w którą tak naprawdę stronę podąży jego widzewski projekt. W każdym razie głównym zadaniem właściciela powinno być stworzenie sprawnie działającej organizacji, bezpiecznej finansowo, mającej perspektywy na przyszłość, w jakimś sensie niezależnej od właścicielskiego portfela. Pytanie tylko na ile można osiągnąć ten cel działaniami organizacyjnymi, a na ile wymaga on jednak konkretnego zaangażowania finansowego. Oczywiście całościowo nastąpiła w Polsce poprawa, ale jest też wiele potknięć, rozczarowań, afer i konfliktów, z których każdy trzeba by analizować z osobna.
W Legii widziałem już chyba wszystko - generałów, Romanowskiego, Daewoo, Polmot, ITI, no i obecne właścicielstwo Dariusza Mioduskiego. Pewnie, zastanawiam się co będzie dalej, ale należę do tej grupy, która nie przypuszcza, żeby warszawska sukcesja miała okazać się tematem sensacyjnie pilnym i nieodległym.
Ja o sprawach właścicielskich niczego mądrego nie napiszę. Powiem tyle, że boję się o Legię, czego kiedyś nie doświadczałem. Upadały całe cywilizacje, imperia, wielkie systemy ekonomiczno-społeczne. To i my tym łatwiej możemy zaliczyć upadek.
Wolę aspekty piłkarskie.
Jeśli Cracovia rzeczywiście teraz piłkarsko jest taka słaba, to dla nas sygnał, że Legia może dalej punktować w bólach, nie w takim tempie, jakiego byśmy sobie życzyli. No, krótko mówiąc, widmo spadku wciąż mocno nam zagląda w oczy i nie powinniśmy się przesadnie uspokajać takimi objawami jak: 5 meczów z rzędu bez porażki, pierwsze 0 z tyłu od września, dwa niedawne zwycięstwa, czyli połowa tego, co ugrał w lidze Iordanescu od końca lipca do końca października. Jeszcze wiele ciężkich chwil przed nami, a zakończenia nie znamy. Dwie tegoroczne wygrane zanotowaliśmy, na to wygląda, przeciwko drużynom w zapaści.
Teraz Radomiak. Trudno przewidzieć, co się wydarzy.
Kto obejrzał Bayer Leverkusen - Arsenal musi być pod wrażeniem samego początku 2. połowy w wykonaniu miejscowych, uwieńczonego golem na 1-0. Już pal diabli samą bramkę, ale ta akcja, która doprowadziła do rzutu rożnego wyglądała na wyuczoną i powtórzoną na treningu wiele razy. Ciekawe, ile czasu i pracy pochłania przygotowanie takiego schematycznego rozegrania. I czemu u nas nikt nie pomyślał, że tak można? Ryzyko żadne, jeśli się nie powiedzie. Za to korzyści, jeśli się powiedzie … przeogromne.
Moim zdaniem w poszukiwaniu "sukcesora" czy to w Warszawie, czy to w Krakowie jeden wniosek jest oczywisty: nie wszystko złoto co się świeci. Opis sytuacji przez Albiceleste wskazuje, że mimo że nasza Ekstraklasa się bogaci, to wcale nie musi być tak różowo z tymi "sukcesorami".
Jeszcze jedno wyjaśnienie w tym moim prologu komentatorskim, sprzedaży udziałów przez Mioduskiego nie uniezależniam od spadku z Ekstraklasy. Corazstarszy napisał: "Jeszcze wiele ciężkich chwil przed nami, a zakończenia nie znamy" i z tym się zgadzam, ale moim zdaniem się utrzymamy, a Mioduski za sukcesorem/wspólnikiem i tak będzie się rozglądał. Według mnie już się rozgląda, już wici rozpuścił choćby i tym "prospektem reklamowym" czyli wywiadem dla beIN Sports USA. Padła też w mediach, cena którą Mioduski ponoć oczekuje za Legię, to też sygnał, co prawda kwota jest niby z sufitu i zaporowa, ale według mnie może ona mieć inne funkcje. Po pierwsze odcedza gołodupców wietrzących interes życia, po drugie, gdyby Miodzio zamierzał pozbyć się dajmy na to 55% lub 60% udziałów, to kwota pozostaje poważna, jest dla poważnych inwestorów, ale byłaby i prawie dwa razy mniejsza? O ile w tych spekulacjach tkwiłoby ziarno prawdy, to nasuwa się aktualne pytanie, czy Mioduski godnego "sukcesora" znajdzie. To co opisuje Albiceleste winno być przestrogą.
Ostatecznie spadać to najprawdopodobniej ani, ani (i oby). Co się jednak tyczy bycia w tym samym wyścigu: wyobraź sobie, że oglądałeś niedzielne spotkanie nie jako kibic Legii, nawet nie jako koneser Ekstraklasy, bardziej z perspektywy randomowego oglądacza. Ot, nadziałeś się przypadkiem na transmisję meczu ligi, o której nie masz zielonego pojęcia, nazwy drużyn też Ci niczego nie mówią, po prostu, biali grają z czarnymi. Na podstawie samej tylko obserwacji przebiegu gry, byłbyś w stanie uwierzyć, że po dwudziestu trzech kolejkach w tabeli jeden zespół znajdował się dziesięć miejsc wyżej od drugiego i rozróżnić kto tu rzekomo gra o podium, kto zaś się broni przed relegacją? Bo ja niekoniecznie.
Gdyby zaś sam test oka Cię nie przekonywał, spójrz na suche liczby. Jeśli do zmagań ligowych dorzucimy kompromitująco przerżnięty mecz Pucharu Polski w Częstochowie, wyjdzie na to, że w ostatnich czternastu spotkaniach Cracovia odniosła dwa zwycięstwa. Brzmi znajomo, nieprawdaż? O, jasne. Dwa to więcej, niż zero. Ale raczej nie na tyle więcej, by robić z tego zagadnienie.
Różnice w poziomie optymizmu mogą brać się stąd, że Wy już swojego pseudotrenera zdążyliście szczęśliwie pożegnać. I to dosyć dawno temu. W ogóle zauważam uderzające paralele między Elsnerem, a Iordanescu. Obaj niby tacy fancy, obaj dobrze zaczęli (przynajmniej w ujęciu wynikowym), obaj szybko wpadli w dołek, obaj nie mieli/nie mają żadnego pomysłu jak się z tegoż dołka wydostać, obaj wyrażają znikome zainteresowanie pracą i biorą jeszcze bardziej znikomą odpowiedzialność za swoje czyny.
W ogóle, nie wiem, czy słyszałeś, ale podobno (przed)wczoraj Elsner podał się do dymisji. Rzecz jasna, nie żeby wziął na klatę winę za dramatycznie słabą postawę zespołu. Popiardywał coś tam rzekomo o niepewnej sytuacji klubu, niemożności realizacji celów, braku stabilności projektu i innych takich, ale mniejsza z tym. Nieudaczny trener sam chce sobie iść. Co robi w zaistniałej sytuacji zarząd Cracovii (czyli chyba Amdurer i Colak, no bo kto inny)? Każe mu zostać. Jeśli to prawda, to nie ma w słowniku nawet takich bydlaków, jak ja, słów odpowiednio obelżywych na określenie postawy tych ludzi.
/Czekaj, doczytałem. Podobno Elsner rozmawiał z Platkiem i w tej rozmowie zaproponował swą dymisję, a nasz absent father wielkodusznie jej nie przyjął. Jeżeli tak to wyglądało – Kino Oko, jak to mawiał inny nasz niegdysiejszy pseudotrener/
@ Gawin:
Patrząc z boku i z oddali mam silne wrażenie, iż warszawska sukcesja może się okazać o tyle niepilnym i odległym tematem, że cały w tym ambaras, aby dwoje chciało naraz. W mojej ocenie jedyną okolicznością, jaka mogłaby zmusić Mioduskiego do sprzedaży klubu, jest spadek. A że ten na 99,9% Legii w tym sezonie nie grozi, no to cóż… Za parę miesięcy dostaniecie transze z C+ i PKO, sytuacja finansowa jako-tako się ukoi, pojawi się nowy optymizm, kolejny marsz po triumfy (teraz już z Papszunem na pokładzie, no to przecież musi się udać, prawda…?) i dalej w ten deseń.
W całym moim omawianym wywodzie szło raczej nie o to, że teraz-zaraz-już zajdą u Was jakieś zmiany. Bardziej o careful what you wish.
@ Corazstarszy:
Rozumiem, że kwestie pozasportowe interesują Cię mniej/wcale. Nic na to jednak nie poradzę, że właśnie w nich dostrzegam podstawowy argument, dla którego Twoje obawy o Legię uważam za (niemal) kompletnie bezpodstawne. Tak, owszem, imperia upadają, systemy się kruszą, etc. Wszystko prawda. Także w sporcie niegdyś wielkim markom zdarza się tracić swój szarm. Można, na ten przykład, być pierwszym, najwspanialszym, najpiękniejszym i w ogóle cud-miód-calvados klubem piłkarskim w kraju, a potem przez (prawie) osiemdziesiąt lat nie móc się doczekać kolejnego tytułu…
Wciąż jednak takie (nomen omen) kraksy nie dzieją się z wtorku na środę. Ani nawet z sezonu na sezon. Trwające rozgrywki są przedostatnimi, podczas których obowiązuje bieżący kontrakt transmisyjny Ekstraklasy. Wyobraź sobie, że następna umowa byłaby negocjowana w sytuacji, gdy Legia, najsilniejszy klub trzymilionowej aglomeracji stołecznej, z tej Ekstraklasy zniknęła i pozostawiła ją bez reprezentanta Warszawy. Mało zniknęła, nie wiadomo kiedy wróci. No bo choćby przykład Wisły dobitnie pokazuje, że z tymi powrotami to wcale nie takie hop-siup. Komu taka sytuacja byłaby na rękę? ESA? Oferentom? Sponsorom…?
Oczywiście, wspomniany przykład GTS unaocznia również to, że nikt nie ma immunitetu na to, by z klubu wielkiego stać się klubem upadłym. Gdyby Wasza degrengolada potrwała jeszcze przez jakieś dwa-trzy lata, gdyby po Ekstraklasie zaczęła śmiało, z jakimiś tam sukcesami rozbijać się Polonia – wtedy co innego. Ale raczej niewiele na to wskazuje.
Wracając natomiast do kwestii boiskowych, nigdy nie byłem (i raczej już nie zostanę) fanem Marka Papszuna. Mam tu na myśli zarówno jego medialną osobowość, jak i preferowany przezeń futbol. Uczciwie jednak przyznam, że po przyjściu do Was facet naprawdę nieźle sobie radzi. Rozwiał obawy o to, że przecież nigdy* nie bronił się przed spadkiem. Szybko zrozumiał, że w walce o utrzymanie estetyka (której zresztą nigdy przesadnie nie hołdował) musi ustąpić miejsca solidności i powtarzalności. Dość obiecująco to wygląda.
Owszem, o jakimś nagłym przebudzeniu mocy i szaleńczym rajdzie po europejską kwalifikację raczej należy zapomnieć (chociaż…). Niemniej, mozolne, acz skuteczne wydrapywanie się ze strefy spadkowej i zakotwiczenie w bezpiecznym środeczku jawi mi się jako bardzo realne.
* chyba nigdy, niewiele wiem o jego działalności w klubach z „obwarzanka”.
"podobno (przed)wczoraj Elsner podał się do dymisji. (...)Nieudaczny trener sam chce sobie iść. Co robi w zaistniałej sytuacji zarząd Cracovii (czyli chyba Amdurer i Colak, no bo kto inny)? Każe mu zostać. Jeśli to prawda ... " - ależ w Krakowie to już chyba tradycja. Przecież był trener, który jak wyznał miał wszystkiego dość, chciał odejść, ale mu nie pozwolono, a później został trenerem reprezentacji, grając w golfa skład kadry ogłaszał, na Euro garniturami szyku zadawał. Przed Luka Elsnerem jeszcze olśniewająca kariera! A jeżeli ktoś miewa problemy z "wypaleniem zawodowym" lub z czymś podobnym, to niech na kozetkę wali jak w dym na krakowskie błonia przy Józefa Kałuży!
A pro po trenerów. Taka dygresja, jeżeli Aleksander Vuković utrzyma Widzew, to prorokuje, w przyszłym sezonie będzie z nim walczył o najwyższe laury, a gdyby mu się to udało, to wzniesie się na wyżyny rankingu szkoleniowców w Polsce. Czyli przed "strażakiem-motywatorem" otwiera się życiowa szansa żeby udowodnić swoje trenerskie kompetencje! Ciekawe czy ją wykorzysta? (Ciekawe czy Senator jako admirator Vuko, będzie kibicował Widzewowi?
Przy okazji, jeszcze konstatacja, że charakterni trenerzy górą, czyli Vuko i Ojrzyński na topie, wcześniej trochę wykpiwani, a teraz pierwszy pożądany a drugi gra o mistrza!
Jeszcze tak w temacie aktualnej naszej sytuacji w lidze, to uważam że się utrzymamy i jedni i drudzy, ale ... jeżeli istnieje "ale", to co przed nim przestaje się liczyć. Jeżeli dziś Legia przegrałaby z Radomiakiem to wierzących w utrzymanie pozostałaby garstka, remis też nie wiele zmieni w minorowym nastroju. Natomiast Cracovia ma w tej kolejce mecz "za sześć punktów", spotykają się dwa zespoły, które jeszcze wczoraj przewodziły lidze, a teraz ... jeszcze płyną z nurtem rzeki, ale łapanie powietrza przychodzi im ciężko. Jeżeli nie wezmą dużego haustu, to się nie uspokoją, a wręcz przeciwnie albo jednych, albo drugich, zacznie dręczyć myśl czy aby utonięcie im nie grozi. Droga do desperacji i walki o przeżycie może być krótka.
Mea culpa, skazałem już Brukbet na spadek! W teorii Widzew i Legia mają za mocne karty na ręku, zatem pozostaną przy stoliku o ile króle nie zostaną wyimpasowane, a w końcówce sezonu nie będziemy mieli gry w bez atu, w której i asy mogą być niebiorące. Według mnie na pięć kolejek do końca zacząć tasować i rozdawać mogą nerwy i presja!
Między obecnie szóstą Cracovią (33 pkt.), a siedemnastym Widzewem (27 pkt.) jest raptem sześć punktów różnicy, zatem w tym gronie jeszcze wszystko może się zdarzyć. Przy bez atu i blotki mogą być biorące.
mi się praca Papszuna spodobała od razu, gdy tylko Raków powrócił do Ekstraklasy. Od początku mieliśmy z nimi ciężkie i wymagające, a jednocześnie piłkarsko ciekawe, mecze, choć na początku z dobrymi dla Legii wynikami. Już wtedy widać było pracę i myśl trenerską w ich grze, dopracowanie zachowań w rozmaitych momentach meczu. Mieli w swoim pierwszym sezonie np. zdolność odpowiadania bardzo szybko bramką, na ogół po stałym fragmencie, po straconej bramce. To się tyle razy powtórzyło, że musiała być nad tym praca na treningach. Inny przykład. Po obiecującej, a nawet bardzo obiecującej, pierwszej rundzie Vinagre’a w Legii (jesień 2024), w następnej szybko okazało się, że to tykająca bomba na lewej obronie. Pierwszym meczem, jaki pamiętam, gdy rywal wyraźnie dobrał skład i sposób grania, aby z tego skorzystać był mecz Raków - Legia 3-2 sprzed roku. Metodą na Vinagre’a okazał się szybki, nawet nieco chaotyczny, ale bardzo powtarzalny w nękaniu Legii ze swojej strefy, Otieno. Podkreślam - pierwszy raz ktoś z rozmysłem zastosował schemat ‘Grajcie na Vinagre’a, on jest cienki’. Więc, ten warsztat trenerski, znajdowanie rozwiązań, to fajna rzecz u Papszuna. I, od święta, jego Raków demonstrował piłkę widowiskową. Chodzi mi tutaj o pierwszy, rozegrany w Częstochowie mecz ze Slavią Praga. Nawałnica miejscowych był taka, że nie do wiary, że tam skończyło się tylko na 2-1. Wizerunek medialny? Gdy pracował w Rakowie, były takie mecze przeciwko Legii, gdy swoimi wypowiedziami irytował. Ale to sprawy drugorzędne. Po Gonçalo Feio, mało kto nie wydaje się istnym gentlemanem.
Kwestie właścicielskie interesują mnie mocno. Zagwozdka jest taka: Mioduski stworzył klub decyzyjnie mało sprawny. Dobór ludzi do pracy odbywa się wedle kryteriów niezrozumiałych i mało merytorycznych. Czyli, właściciel ze swoimi zadaniami sobie nie radzi. I nie radzi sobie w sposób powtarzalny. W tabeli się osuwamy, z drużynami z czołówki na ogół przegrywamy, z ‘klasą średnią’ też nam słabo idzie (np. z Cracovią przy Kałuży ostatnie pięć meczów przegraliśmy, ostatnie cztery mecze z Piastem - również), a w zeszłym sezonie z trzema spadkowiczami, na 18 możliwych punktów, uzyskaliśmy 10, tj. 55%. I sposób finansowania klubu zupełnie mi nie odpowiada. Przy ewentualnym poszukiwaniu chętnego na odkupienie Legii, oczekiwałbym, że znajdzie kandydata odpowiednio odpowiedzialnego, kompetentnego i majętnego. Patrząc na to, jak wygląda dobór pracowników Legii przez Mioduskiego, aż włos mi się na głowie jeży, gdy pomyślę, kogo on może wybrać jako swojego następcę na stołku właścicielskim.
I tutaj dochodzą do głosu opisane przez Ciebie przypadki krakowskie. Podobnie jak Iocosus, wymowę tego, co przedstawiłeś, rozumiem jako przestrogę. O mądrego, odpowiedzialnego i odpowiednio zasobnego właściciela trudno. Więc, wracamy do punktu wyjścia - pozostaje obserwować, jak Legia demonstruje coraz bardziej marny futbol i osiąga coraz bardziej żałosne wyniki.
Z opisanego przez Ciebie scenariusza związanego z licytacją praw do transmisji meczów ligowych, można wyprowadzić wniosek, że to oferent, spółka Ekstraklasa S.A., powinien być bardzo zainteresowany tym, aby Legia pozostała w lidze. Ale, nawet fantazjując, że posuną się do podjęcia zakulisowych działań w tym kierunku i cel osiągną, to sytuacji w Legii nie uzdrowi. Dlatego się martwię. Po prostu, strach przed obecnym, i strach przed nowym, nieznanym.
czarno na białym przywoływałem przykład Cracovii jako wyboru kompetentnego, adekwatnego trenera
Na pocieszenie: nie Ty jeden dałeś się nabrać. Elsner ma dobry farmazon i niezły tupet. Kamera go lubi, mikrofon też, szkoda, że tabela nie bardzo ;] W dzisiejszym/wczorajszym koszmarku z płocką rzeką nasz taktyczny genijusz umyślił sobie, że weźmie dwóch spośród swych środkowych pomocników, przyklei ich do linii bocznych „zgodnie z nogami” i każe wrzucać tak, jakby wciąż był good ol’ 2003. Zapomniało mu się, biedaczkowi, że ani Hasić, ani Sans mistrzami dośrodkowań nie są, to raz. Dwa: nie bardzo mieli do kogo dośrodkowywać. Efekt? Kolejna porażka i smród degradacji, który z jakiegoś takiego niedookreślonego wrażenia zapachowego zmienia się coraz szybciej w walący po nozdrzach fetor. Mimo to, spora część kibiców Cracovii wciąż gotowa jest słoweńskiego magika bronić.
w Krakowie to już chyba tradycja. Przecież był trener, który jak wyznał miał wszystkiego dość, chciał odejść, ale mu nie pozwolono
Tak, tylko widzisz – zanim w ogóle doszło do nawiązania współpracy z Probierzem, Profesor przez ładnych kilka lat uganiał się za nim jak, za przeproszeniem, pies za suką. Można zatem zrozumieć, że nie chciał tak łatwo wypuścić z objęć swego wymarzonego treneiro. Oczywiście, zrozumieć =/= pochwalić. Zresztą, sam Filipiak mówił później, że odrzucenie dymisji Probierza uważa za błąd.
Tu natomiast mamy gościa, który dawno temu powinien zostać poczęstowany butem w sempiternę, a zachowuje się tak, jakby robił klubowi łaskę, że w nim pracuje. Jpr.dll, tragifarsa.
Ciekawe czy Senator jako admirator Vuko, będzie kibicował Widzewowi?
No właśnie, tak jak Ciebie pytałem swego czasu, czy będziesz się ubierać na rudo, tak też chodziło mi po głowie, by zagadnąć Senatora, czy zamówił już szalik RTS ;p Co się jednak tyczy pracy Vuko w Widzewie, przyznam szczerze, że to dla mnie spora zagwozdka. Utrzymać ich pewnie utrzyma. A co potem? Czy aby widzewskie szefostwo nie dojdzie szybko do wniosku, że przydałby się ktoś bardziej okrzyczany?
Odnośnie rozdań na dalszą część sezonu, jak na moje, arcykluczowe będą następne 2-3 kolejki. Kto w nich przyzwoicie zapunktuje, powinien odskoczyć i złapać trochę oddechu. Cholera wie, może nawet pomarzyć o Europie. Kto nie, tego czeka walka na noże w budce telefonicznej.
Jeśli chodzi o Papszuna, moje podejście doń to szacunek bez sympatii. Ja wiem, że to dobry, jak na warunki Ekstraklasy pewnie nawet bardzo dobry, bardzo skuteczny trener. Nic jednak nie poradzę na to, że jak widzę ten jego durnowaty uśmieszek i słyszę przemądrzałą gadkę, to mi maczeta rdzewieje ;p I owszem, przyznam bez bicia, że raz na czas jakiś uda mu się zrobić tak, że na grę jego zespołu można patrzeć z przyjemnością. Szkoda tylko, że na jedną taką okazję przypada ileś tam innych, podczas których od oglądania papszunballa krwawią tęczówki. Przy czym to są, rzecz jasna, wyłącznie uwagi na marginesie. Mam pełną świadomość, że zwłaszcza w chwili obecnej zaspokajanie potrzeb estetycznych niejakiego a-c10 znajduje się ba-a-aaardzo daleko poza obszarem zainteresowań Legii
Co do Twoich obaw o przyszłość, napiszę zupełnie szczerze: uważam, że do przegrywania z czołówką, a od czasu do czasu także klasą średnią (cokolwiek by pod tym terminem nie rozumieć) powinniście się przyzwyczaić. Oczywiście, nie żebym Wam wróżył notoryczną walkę o utrzymanie. Nic z tych rzeczy. Najprawdopodobniej wrócicie niedługo do czołówki, niemniej będzie to już zupełnie inna czołówka, niż ta, którą wciąż macie w miarę świeżo w pamięci. Nie wydaje mi się po prostu, aby komukolwiek udało się tak zhegemonizować ligę, jak Legii w latach nastych, czy Wiśle w poprzedniej dekadzie.
Odnośnie zaś Mioduskiego – kurczę, to przecież nie jest głupi facet. Musi jednak, moim zdaniem, zrozumieć że korporacyjny styl zarządzania się w futbolu nie sprawdza. Jeśli mu się to uda, jeśli wreszcie zacznie wyciągać wnioski z własnych porażek i przestanie przed nimi uciekać w korpobełkot, nadal może jeszcze zostać całkiem sensownym właścicielem klubu. Pewnie nie na tyle, żebyście mu zaczęli pomniki stawiać, ale żeby przestał permanentnie zbierać jobzle z trybun? Czemu nie?
Natomiast gdyby w rzeczy samej miał się Legii pozbywać, na Waszym miejscu modliłbym się żarliwie, by nastąpiło to gdy będzie tego chciał, nie zaś gdy będzie musiał.
obstawiam, że w przeciągu roku, lub góra dwóch lat Mioduski części udziałów się pozbędzie.
Pożyjemy, zobaczymy. Pozornie to rozwiązanie miałoby szereg zalet, np. prawdopodobne dokapitalizowanie spółki czy reset w sposobie zarządzania klubem, ale coś mi mówi, że w praktyce mogłoby to być nawet trudniejsze do przeprowadzenia niż sprzedaż 100% udziałów.
Oczywiście w przestrzeni medialnej i w różnych nieoficjalnych rozmowach (nawet tutaj) pojawiają się informacje o istnieniu osób czy podmiotów zainteresowanych przejęciem Legii, ale i w każdym przypadku pojawia się uwaga, że to zainteresowanie jest czysto teoretyczne, bo Legia nie jest na sprzedaż, a cena za przejęcie pakietu właścicielskiego jest zaporowa. Czy Dariuszem Mioduskim kieruje ambicja i poczucie misji (ten słynny 'projekt życia'), czy chęć osiągnięcia własnych celów wizerunkowych bądź finansowych, czy może są tam jeszcze inne uwarunkowania, o istnieniu których nie wiemy, to trudno stwierdzić, w każdym razie na pewno nie jest to quitter i każda wiadomość o urealnieniu scenariusza sukcesyjnego (także tylko częściowego) byłaby dla mnie niemałym zaskoczeniem, nawet w przypadku naszego, tfu, spadku.
@ a-c10
careful what you wish
Tak, oczywiście, zwłaszcza że nieubłagana kolej rzeczy sprawia, że temat sukcesji kiedyś wreszcie jednak będzie musiał się pojawić.
Chciałbym (naiwnie), żeby to po prostu... nie było aż tak ważne. Żeby kluby były na tyle zdrowymi strukturami, zarządzanymi przez odpowiedzialnych fachowców, że kibiców nawet nie interesowałoby, która bogata rodzina ma akurat w tym momencie w danym klubie 60% czy 30% udziałów.
„tak jak Ciebie pytałem swego czasu, czy będziesz się ubierać na rudo, tak też chodziło mi po głowie, by zagadnąć Senatora, czy zamówił już szalik RTS” – przyjmijmy że podwójnie: trafiony, zatopiony.
Vuko w Widzewie, to jego szansa żeby dołączyć do „okrzyczanych”, kolejnej tak dużej może już nie dostać.
Zakładam że przyjdzie nam relacjonowanie „walki na noże w budce telefonicznej”.
Gawinie, przyznaję, że na poziomie wielce życzeniowym tłumaczę to sobie tak, jeżeli spadniemy to dziura budżetowa będzie jak po bombie atomowej, inne kwestie wizerunkowe, marketingowe itp. już pomijam, chociaż to może być rodzaj falloutu jeszcze bardziej dotkliwego niż sam wybuch.
Jeżeli się utrzymamy, w co wierzę, chociaż spac spokojnie nie można, wręcz przeciwnie, to i tak do pucharów się nie załapiemy. Jestem optymistą, ale nie aż takim. Czyli w mojej „optymistycznej wersji” w kasie klubowej Hiroszymy lub Nagasaki nie zaliczymy, ale już „nalotu na Drezno” w 2026 roku doświadczymy.
Jakiekolwiek kombinowanie mamony będzie na zakopanie leju po bombie. W 2025 chwalono się, że budżet płacowy kadry zawodników znacząco wzrósł, co to oznacza, przy problemach finansowych klubu? W tej sytuacji trudno liczyc na jakieś znaczące wzmocnienia kadrowe, raczej Papszun będzie zmuszony do rzeźbienia z tego, co ma, a w zasadzie, co mu pozostanie.
Jak to rokuje na następny sezon? Według mnie średnio na jeża! Może z Papszuna okaże się cudotwórca i będziemy się kręcic gdzieś w czubie, ale równie realna jest powtórka z rozrywki z groźbą nad głową: do trzech razy sztuka!
Mioduski wbrew temu, co mu się imputuje nie jest głupi i zapewne zdaje sobie sprawę z sytuacji. Co podpowiada logika właścicielowi klubu żeby Legia nie zamieniła się w ligowego średniaka broniącego się przed spadkiem rok w rok?
Może Legię zadłużać w funduszach, może pozyskiwać kasę wykorzystując swoje układy finansowe, w czym jest faktycznie dobry, ale to też nie jest studnia bez dna. Co mu pozostaje, żeby z futbolem się nie rozstac i żeby nie być okrzykiwanym „wrogiem publicznym nr 1 w Warszawie”?
Owszem doświadczenia z triumwiratu z Leśnodorskim i Wandzlem ma kiepskie ... ale jeżeli Miodek skonstatuje , że dzięki roszadzie własnościowej i zachowaniu części udziałów może utrzymac się w strukturach międzynarodowych, a wózek z Legią, niech ten główny ciężar przejmie ktoś inny, dający nadzieję na pozytywny impuls, to czyż to nie byłoby najlepsze wyjście z sytuacji?
Albiceleste napisał: „gdyby w rzeczy samej ( Mioduski) miał się Legii pozbywać, na Waszym miejscu modliłbym się żarliwie, by nastąpiło to gdy będzie tego chciał, nie zaś gdy będzie musiał.” – Amen!
Jeżeli w Legii pojawi sie rozsądny właściciel - najlepiej fundusz, bo oni nnie będą zarządzać klubem tylko wynajmą ludzi z rynku, to przy medialności Legii i jej potencjale kibicowskim to jest klub który powinien być na poziomie Slavii Dinama Bodo itp. z całym szacunkiem Cracovia ma na to bardzo nikłe szanse, choć casus Zagłębia czy Wisły Płock pokazuje że w tej burdelarzowej lidze wystarczy mieć odrobinę rozumu i głowę na karku i da się wygrywać z każdym tylko ze to jest przypadek a nie reguła
czym szybciej Mioduski Won tym lepiej dla wszystkich, dla Legii dla ligi dla sponsorów dla wszystkich
Nie widzę powodów dla których Cracovia lub jakikolwiek klub z dużego polskiego miasta lub nawet średniego nie mógłby podążyć ścieżką wytyczoną przez Norwegów.
„Według danych z 2022 r. gminę zamieszkiwało 52 803 osób, a gęstość zaludnienia wynosiła 40 osób/km². Pod względem zaludnienia Bodø zajmuje 14. miejsce wśród norweskich gmin.” Wikipedia
Bij zabij, nawet argument klimatu odpada! Norwegowie potrafią, my nie!
Dalkub zgódźmy się, że gdy się objawi poważny kontrahent na przejęcie Legii, nieważne czy w całości, czy w przeważającej części udziałów, to nadzieja wstąpi w nas wszystkich.
Chciałbym (…) Żeby kluby były na tyle zdrowymi strukturami, zarządzanymi przez odpowiedzialnych fachowców, że kibiców nawet nie interesowałoby, która bogata rodzina ma akurat w tym momencie w danym klubie 60% czy 30% udziałów.
Whoa, paaanie… Toś pan poszybował! ;p
Tak to, wydaje mi się, nie będzie nigdy. Mam silne wrażenie, że wszędzie tam, gdzie nie przyjął się kibicowski model własności, do końca świata i o jeden dzień dłużej to, kto konkretnie trzyma w łapie kontrolny pakiet akcji klubu, będzie robić różnicę. Natomiast…
@ Iocosus:
dlaczego Michałowi Świerczewskiemu z Papszunem wyszło, a Januszowi Filipiakowi z Probierzem nie!?
N’ale to jest przecież dziecinnie proste. Profesor poleciał na fejm. Ubzdurał sobie, że Probierz i tylko Probierz. Dlaczego? Nie interere, bo kociej mordy dostaniesz, Probierz i już, nie ma o czym dyskutować! Wytrwale więc dążył do nawiązania współpracy, aż wreszcie osiągnął swój cel.
Świerczewski natomiast, wchodząc w Raków spokojnie dysponował wystarczającym majątkiem, by nawet na trzeci poziom rozgrywek ściągnąć jakieś okrzyczane trenerskie nazwisko. Zamiast tego postanowił jednak stworzyć sztancę idealnego dla swej ekipy trenera i posprawdzać kto ewentualnie najlepiej do niej przypasuje. A gdy wyszło mu, że najbardziej nadajny będzie pewien (wówczas) mocno anonimowy (pod)warszawski wuefiarz, to się nie certolił, tylko zaproponował mu kontrakt.
I tego właśnie, w nawiązaniu do słów Gawina, najboleśniej mi w polskiej piłce brakuje. Wizji. Strategii. Kultury. Jakiegoś – uwaga, korpobełkot!
Wy z kolei jesteście Legia. I sobie dopiszcie jakiś zestaw kwestii nienegocjowalnych, co ja Wam będę podpowiadał
Tymczasem – co mocno wybrzmiewa w linkowanym przez Ciebie wywiadzie – tego typu podejścia w polskiej piłce brak. Bo choć Zych koncentruje się na Legii, śmiało można stwierdzić, że podobne problemy targają ogromną większością naszej kopanej. Przychodzi nowy trener, dyrektor, czy tam jakiś inny ważniak (najczęściej dobierany metodą chybił-trafił) i srrruuu…! – zmiana kursu o 180 stopni. Nagle się okazuje, że wszystko, co do tej pory robili/śmy/ście było kompletnie do dupy. „Potrzebna” jest pełnoskalowa rewolta. Styl gry do wymiany, połowa (lekko licząc) personelu kopiącego też, bo przecież nie pasuje do wymagań nowego ważniaka. Szkolenie też, rzecz jasna, do wymiany. Wszystko do wymiany. Oczywiście, po (pół) roku/dwóch/trzech przychodzi nowy ważniak i… rrrewind! Jedziemy od nowa.
A my potem siedzimy i pitolimy o potencjałach. Ha. Haha. Muahahahaha…! (sorry, Dalkub
Pewien znajomy mojej śp. babci, ujmująco sympatyczny dziewięćdziesięciodwuletni pan Klemens, ma prześliczne, ultra atrakcyjnie zlokalizowane mieszkanie w starej części Krakowa. Oczywiście, wystrój lokum jest dokładnie taki, jakiego mógłbyś się spodziewać biorąc pod uwagę metrykę właściciela. Niemniej, rozkład pomieszczeń, widok z okna, no i ta lokalizacja – miodzio! ;p Ofert za to mieszkanie miał już pan Klemens od cha i ciut. Część, owszem, urągała przyzwoitości, wiele jednak przedstawiało się zupełnie poważnie. Najciekawsza, jaką pamiętam, obejmowała zamianę na przestronne, urządzone ściśle pod dyktando nowego właściciela, mieszkanie na parterze nowo powstałego bloku plus wszelką możliwą pomoc w przeprowadzce, tak aby pan Klemens nie musiał choćby palcem o palec stuknąć plus jeszcze naprawdę tłustą dopłatę. Na tyle tłustą, że gdyby pan Klemens zażyczył sobie np. kupić też mieszkanie na pierwszym piętrze (coby mu nikt po głowie nie skakał), to spokojnym leszczykiem dałby radę. Co więcej, oferent zarzekał się, że nie jest to żadne tam take it or leave it. Wręcz przeciwnie, zgłaszał pełną gotowość do negocjacji. Pan Klemens, jak to ma w zwyczaju, podjął oferenta szarlotką i koniaczkiem. Cierpliwie, śląc uprzejme uśmiechy, wysłuchał propozycji, po czym bardzo grzecznie, acz równie stanowczo ją odrzucił. Wytłumaczył gościowi, że oferta, choć niewątpliwie szczodra, w żaden sposób nie jest dla niego kusząca. Bo on, wdowiec-emeryt, nie ma zbyt wybujałych potrzeb. Na chlebek z masełkiem jakoś mu, chwalić Boga, starcza, a starych drzew się przecież nie przesadza.
Jasne, ta paralela jest w oczywisty sposób krzywa (zresztą, o krzywości porównań jeszcze za moment). Niemniej, zarówno oferenci pana Klemensa, jak i oferenci pana Dariusza mają dokładnie ten sam problem – jeśli druga strona nie zechce wziąć, mogą sobie kłaść na tym stole złote góry.
Co zaś się tyczy potencjału: wiesz, odkąd zacząłem zaglądać najpierw na BzK, później na Ce-eL (a to już grube naście lat będzie) cyklicznie czytam wypowiedzi różnych kibiców Legii twierdzących, że oważ Legia powinna być jak [tu wstaw sobie nazwę klubu spoza tradycyjnej europejskiej czołówki, który akurat jest fancy]. Wiele z tych wypowiedzi było (podobnie zresztą, jak Twoja) logicznie spójnych i całkiem nieźle uargumentowanych. Tylko co z tego? Mijają kolejne lata, zmieniają się fancy kluby do porównań, a w Warszawie nadal tak, jak w rozmowie Magiery z Rzeźniczakiem: gra Legia, wydaje ci się, że całe miasto tym żyje, a tak naprawdę interesuje to może z 5% mieszkańców.
A skoro już jesteśmy przy procentach, podział kibicowskiego tortu w Krakowie wygląda pi raz oko tak: 4,8% Wisła, 3,5% Cracovia, 1,5% Hutnik*, 0,1% Wieczysta, 0,1% pozostałe kluby, 90% Niezależne Zrzeszenie Niekibiców „Wszyscy Wypierdalać!”.
Nawiasem pisząc, za dwa-trzy-pięć lat Wieczysta może być równie dobrze świeżo upieczonym Mistrzem Polski rozbijającym się po LM, jak i coraz mocniej blednącym wspomnieniem po niegdysiejszym kaprysie pana Wojtka.
I tak to się żyje w tej piłkarskiej Polsce. Możemy sobie gadać o potencjałach. Możemy nawet nadawać tej gadaninie pozory logiki. Dopóki jednak wykorzystujemy te potencjały w dosłownie pojedynczych procentach, trochę ta gadanina zabawna.
Aha, a propos krzywości porównań: z przemocowej relacji romatyczno-erotycznej można wyjść i żyć sobie dalej jako singiel/-ka. Klub natomiast bez właściciela nie przeżyje. Dlatego warto jednak, moim zdaniem, mocno się zastanowić, czy aby na pewno to nieznane „dobro” okaże się lepsze od znanego „zła”.
* auć, zaraz maczetą oberwę za myślozbrodnię przyłączenia Huty do Krk ;p