A+ A A-

Łazienkowska, Nowy Jork

Ostatnie doniesienia z Łazienkowskiej skłaniają do fanów Legii do postrzegania świata w dość czarnych barwach, względnie napadów czarnego humoru o wybitnie wisielczym zadęciu. Ja jednak z powodów rodzinnych ostatnio nie śledzę wszystkich doniesień tak dokładnie jak niegdyś, co pozwala mi nabrać nieco dystansu do bieżącej sytuacji. Może warto czasem spojrzeć na nasz legijny światek z dalszej perspektywy?

Czytam sobie właśnie ostatni grudniowy numer "Sports Illustrated". Wiem, że mamy już luty. Jak już wspominałem, kwestie rodzinne trochę mnie wyrwały z regularnego życia, a i samo "SI" otrzymuję w prenumeracie z niejakim opóźnieniem. Do rzeczy: stały felietonista tego niezwykle zasłużonego dla amerykańskiego sportu nowojorskiego magazynu, Phil Taylor, pisze o ludziach, którzy jeszcze rok temu byli sportowymi anonimami, a teraz są gwiazdami pierwszej wielkości.

Taylor pisze o Davidzie Freese'ie, nieznanym baseballiście, który rok temu miał na koncie ledwie 87 meczów w najwyższej lidze (sezon liczy tam 162 mecze) i dwa aresztowania za prowadzenie pod wpływem alkoholu. Teraz to najwartościowszy zawodnik finałów Major League Baseball i najpopularniejszy sportowiec stanu Missouri - doprowadził St. Louis Cardinals do mistrzostwa.

Taylor pisze o  Robercie Griffinie III, rozgrywającym uniwersyteckich rozgrywek futbolu amerykańskiego, który rok temu pozostawał nieznany nawet dla wielu ekspertów i wyróżniał się głównie rzymską cyfrą po nazwisku. Teraz to posiadacz najważniejszej uczelnianej nagrody indywidualnej, Trofeum Heismana, i celebryta, którego do swoich programów zapraszają najwięksi amerykańskiej telewizji, z Davidem Lettermanem na czele.

Taylor pisze o Hope Solo, bramkarce kobiecej reprezentacji piłkarskiej USA, która rok temu wciąż mierzyła się z ogromną krytyką, jaka spadła na nią za publiczne podważanie kompetencji trenera podczas finałów Mistrzostw Świata Kobiet 2007 i leczyła poważną kontuzję ramienia. Teraz to niemalże bohaterka narodowa, która dzięki swojemu występowi na ubiegłorocznym Mundialu jest dla Amerykanów znacznie popularniejsza od większości mężczyzn uprawiających ten sport w USA.

Dlaczego powołuję się na Taylora? Pisząc o tych obcych większości polskich fanów sportu postaciach korzysta on ze zdań o wymowie uniwersalnej. Pozwolę sobie oddać głos felietoniście "SI":

"W ciągu 12 miesięcy sportowiec może przejść drogę od zera do bohatera, od kogoś ledwie rozpoznawalnego do osoby nagle sławnej. Nie zawsze potrafimy to dostrzec wtedy, kiedy to się dzieje. Sportowy rok jest niczym fala rozbijająca się o plażę: dopiero po odpływie możemy ocenić wszystkie lśniące skarby, które pozostawiła na piasku. [...] Czyż to nie jeden z głównych powodów, dla których śledzimy wydarzenia sportowe? Czy nie chcemy się przekonać, którzy nowi sportowcy przebiją się do naszej świadomości? Jedną z rzeczy przyciągających nas na sportowe areny jest właśnie możliwość przeżycia objawienia - szansa, że w każdej chwili możemy obcować z kolejną wielką gwiazdą".

Czy nie można tej analogii przenieść na nasze poletko? Może za rok o tej porze będziemy się wściekać, że ruskie petrodolary wyciągają nam ze składu autora kilkunastu asyst w rundzie jesiennej sezonu 2012/13, skrzydłowego Bartosza Żurka? Może będziemy się dziwić, że nowy selekcjoner reprezentacji nie powołuje na mecze eliminacyjne znakomicie się spisującego w lidze i europucharach środkowego obrońcy, Damiania Zbozienia? Może będziemy debatować nad tym, czy dzielące i rządzące w środku pola trio Furman-Łukasik-Bruce należy rozbić już teraz (bo mamy na tych pozycjach silnych następców), czy też należy poczekać z tym, aż chłopaki jeszcze okrzepną i zyskają na wartości? Szkoda tylko, że wspomniana na wstępie część mojej natury (ta od czarnych barw i wisielczego humoru) natychmiast poddaje mi sto pięćdziesiąt znacznie gorszych scenariuszy na luty 2013 roku.

U Amerykanów sport wywołuje emocje, ale również ze względu na znaczną komercjalizację i zasady mające na celu wyrównanie szans w dużej mierze uodparnia na niewyobrażalne lub nieakceptowalne dla Europejczyka zmiany personalne*. Są w USA kluby, na których meczach ligi futbolu amerykańskiego od ponad pół wieku nie było żadnego niewykupionego biletu, a karnety są przekazywane z dziadka na wnuka niczym najcenniejsze rodowe srebra. Są w USA kluby, które mimo ponad stulecia bez mistrzostwa nadal stanowią ważną część życia setek tysięcy jeśli nie milionów kibiców, o których ciągle pisze się książki i kręci filmy. Nowojorska perspektywa siłą rzeczy różni się od warszawskiej, ale może warto czasem oderwać się od tradycyjnego wkurwu na 0:0 z Cracovią czy sprzedaż Rybusa, popracować nad tym, żeby Legia była bardziej jak Green Bay Packers (to ten klub od kompletów na stadionie) i pocieszyć się, że jeszcze daleko nam w zakresie nieudolności do Chicago Cubs (to ci bez tytułu od 103 lat)?

* Oczywiście nie zawsze i nie wszystkich. Rozbrajająca jest na przykład lektura opublikowanej niedawno w Stanach książki "The Whore of Akron" ("Dziwka z Akron"), w której autor, dziennikarz i kibic Cleveland Cavaliers, na kilkuset stronach daje wyraz... jakby to dyplomatycznie wyrazić... swojemu braku akceptacji wobec zachowań byłego gwiazdora jego drużyny, urodzonego w Akron LeBrona Jamesa.

Dyskusja (4)
1poniedziałek, 13, luty 2012 18:14
Senator
Zawsze można i trzeba wierzyć że któremuś z młodych piłkarzy się uda.
Stany to kraj gdzie sukces jednostki jest pożądany, pracuje dla niego cała armia ludzi. Jak dokładnie jest w amerykańskim futbolu czy palancie tego nie wiem. Można natomiast przypuszczać ,być prawie pewnym że jednostka w stanach jest ukierunkowana na sukces dużo bardziej. Chyba nie będzie przesadą kiedy napiszę że wzorce ma od małego. Na szczęście wielu młodych ludzi i u nas zaczyna rozumieć i dążyć do sukcesu. Czasy kiedy mówiono czy się stoi czy się leży ... minęły bezpowrotnie.Oczywiście splot szczęścia i uśmiech losu musi niekiedy zadziałać, ale czy dla Wolskiego, Żurka czy Łukasika tak się właśnie nie dzieje? Wiem wszyscy nie dadzą rady prawdopodobieństwo, że dany moment w danej chwili wykorzystają wszyscy jest pewnie równe zeru niech jednak próbują .
Ciekawy wątek i mam nadzieje że kiedyś szanowny kibic Garm pokusi się o jego rozwinięcie to więź lokalnych społeczności z drużyną, klubem. Tego im zazdroszczę bardzo. Zwróćmy uwagę nie mówimy tu o kilku tysiącach wiernych fanów, a całych miastach . Kilkadziesiąt tysięcy ludzi w danym rejonie utożsamia się identyfikuje z klubem mimo braku sukcesów.Tak koniecznie będę namawiał Garma aby poświęcił temu zagadnieniu oddzielny artykuł.
Za ten serdeczne dzięki.
2poniedziałek, 13, luty 2012 19:35
iocosus
Baseballowego kibica Chicago Cubs, cierpliwośc jest wystawiona faktycznie na najcięższą próbę, nie dośc, że czekają na tytuł ponad wiek, to musieli przełknąc pigułkę sukcesu sąsiada zza miedzy, czyli Chicago White Sox, którzy w 2005 roku wygrali World Series po 88 latach, próżnego ubiegania się o tytuł. A my tu narzekamy, niecierpliwiąc się sześcioletnim okresem powrotu na tron! Wink

Objawienia bożyszczy tłumu, skupiających na sobie uwagę, to faktycznie interesująca kwestia, uniwersalna, na kanwie „Małyszomani”, kilka prac socjologicznych magisterskich, a być może i doktorskich, zakładam, że zostało napisane. Z piłkarskiej piaskownicy mieliśmy w latach dziewięćdziesiątych "Citkomanię", to był jednak efekt raczej meteora, gwiazda objawiła się, zaistniała na firmamencie, a później „zeszła na ziemię”, nie wywołując już powszechnej ekscytacji.

Wielu przepowiada różne wydarzenia w 2012 roku. Akurat w sportowe objawienia należy wierzyc i Euro i Olimpiada temu sprzyjają, awans polskiej drużyny do Ligi Mistrzów też musiałby wykreowac bohatera lub bohaterów zbiorowych uniesień. Jesteśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że w Legii potencjalnych kandydatów na „objawionych” jest całkiem spora gromadka. Drużyna będzie musiała stawiac na młodych, pytanie czy sprostają w kluczowych momentach, albo pójdziemy drogą Kanonierów czekających pod wodzą Wengera na tytuł już 8 lat, albo BVB, którzy skutecznie brylują i nadają ton w Bundeslidze.

Ktoś kto doprowadzi Chicago Cubs do tytułu przez jego kibiców w „Windy City” będzie beatyfikowany, co się stanie z kimś dzięki komu polska drużyna dobije się do Ligii Mistrzów i zaistnieje w niej, nie gorzej niż bagatelizowany reprezentant wyspy Afrodyty!? Warto by to sprawdzic!
3wtorek, 14, luty 2012 00:13
Senator
Jamesowi poświęca kibic Cleveland całą książkę i chyba wiem dlaczego . Gracz urodzony w Ohio przychodzi na mecz drużyny w której grał i której kibicuje cały stan ubrany w kapelusz rywala Jankesow z Nowego Jorku. W wywiadach mówi że od dziecka kibicowł Jankesom i Chicago Bulls . To zaprzeczenie tego co w stanach szanują i pielęgnują , mocnej więzi regionu i jej mieszkańców z drużyną .Wyobrażacie sobie panowie sytuację w której dajmy na to Kucharczyk ( tylko przykład) urodzony na mazowszu ,grający w Legii po skończeniu kariery przyszedł na Ł 3 w koszulce Górnika i jeszcze opowiadał że kibicował zabrzanom od Dziecka ? Pod tym względem nic się od amerykanów nie różnimy Smile
4wtorek, 14, luty 2012 12:23
Monrooe
Świetny tekst Garmie, bardzo spokojny i ukazujący inną stronę medalu. Brawo. Mnie zawsze zastanawiało czemu w Stanach nie dziwi nikogo, że drużyna Phoenix Suns (moja ulubiona od... od kiedy sięgam pamięcią) nie mająca prawie nigdy składy na mistrzostwo NBA ma tak liczą publikę, tylu dozgonnie oddanych fanów. Tam nikomu nie przychodzi do głowy odwracać się od zespołu bo ten jest ... najgorszy w NBA. Owszem boli wszystkich ale... nadal są dumni, bo to ich zespół. W przebudowie (permanentnej od odejścia Charlesa Barkleya) ale Ich własna, to Ich barwy, drużyna nosząca Ich godło, to Ich duma i zawsze, zawsze to będą pokazywać.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1