A+ A A-

Tomasz Kiełbowicz - szacunek

kiełbik339 oficjalnych meczów w barwach Legii i... wystarczy. Taką decyzję podjął Tomasz Kiełbowicz, dość niespodziewanie ogłaszając zakończenie kariery piłkarskiej na pół roku przed wygaśnięciem obowiązującego kontraktu.

Panie Tomaszu - dziękujemy za wspólne 12 lat!

Szperając w zakamarkach pamięci, dochodzę do wniosku, że pierwszy raz z Tomaszem Kiełbowiczem zetknąłem się na Estadio WP, kiedy ten był jeszcze piłkarzem Widzewa. To był sezon 1999/2000, dziwaczny remisowy początek rozgrywek pod wodzą Dariusza Kubickiego, mecz przeżywających kryzys niedawnych hegemonów polskiego futbolu. Mówiło się, że w Widzewie trzeba uważać na takiego nowego chłopaka na lewej pomocy. Na Kiełbowicza grał wtedy między innymi z trudem dochodzący do formy po kontuzji Sylwester Czereszewski, no i w pierwszej połowie, Kiełbowicz gnający po skrzydełku jak gdyby miał motorek w pewnej części ciała, dawał nieźle popalić Czereszewskiemu i naszym obrońcom. Aliści pod koniec meczu 'Czereś' jakby zaczął wykorzystywać zmęczenie przeciwnika, coraz częściej bezkarnie zbiegał z flanki do środka boiska, wreszcie w swoim stylu wpadł w pole karne, dostawił głowę do dośrodkowania i zdobył zwycięską bramkę dla Legii. Mimo tego pechowego dla gości zakończenia, trudno było już potem zapomnieć nazwisko Kiełbowicz i jego rajdy po lewym skrzydle.   

Już w barwach Legii Kiełbowicz pierwszy raz mocno zapisał się w pamięci dość późno, bodaj rok po transferze z Polonii. To był nasz mistrzowski sezon 2001/02. Graliśmy wtedy wiosną taki bardzo trudny mecz z Ruchem Chorzów. Pamiętam doskonale tamten wieczór, ponieważ okolicznościami skazany na spędzanie zaledwie weekendów z narzeczoną, obecnie żoną, musiałem poświęcić meczową sobotę, a futbol został pognębiony przez Ireneusza Krosnego, bawiącego ludzi do łez w warszawskim teatrze Ateneum. Po spektaklu wsiadłem w taksówkę, żeby zdążyć na... drugą połowę meczu. Piekielnie ważnego, jak wszystkie tamtej wiosny. No i szok, przychodzę, a tu 0:1! Na szczęście najpierw wyrównał Czereszewski, a kilka minut przed końcem z wolnego przymierzył, ano właśnie - Tomasz Kiełbowicz. W barwach Polonii potrafił wkręcić rogala bezpośrednio z rogu, a w Legii jakoś mu stałe fragmenty nie szły. I właśnie wtedy, w tak ważnym momencie, trafił.

Wtedy przekonałem się do Kiełbowicza, ba, długo uważałem, że usprawiedliwił swoją obecność w Legii tamtą jedną, jedyną bramką. Przeważnie grywał wtedy jeszcze 'Kiełbik' na lewej pomocy, przez pewien czas rywalizował tam z Radosławem Wróblewskim, nie ukrywam, trzymałem stronę dynamicznego, młodszego Wróblewskiego. Ale... Wróblewski szybko zniknął, znikali też pozostali, a Kiełbowicz trwał - zawsze solidny, zawsze rzetelny, zawsze gwarantujący, że poniżej określonego poziomu, nie zejdzie nigdy.

Nie uważałem Kiełbowicza za futbolistę wyróżniającego się w polskiej piłce, za wybijającego się choćby nawet tylko w Legii. Ale jestem jednocześnie głęboko przekonany, że tak pracowitych zawodników powinno być naszym zespole przynajmniej kilku - zawsze. Bo to dzięki nim błyszczą ci teoretycznie więksi.

Tomasz Kiełbowicz to ładny kawałek historii naszego klubu, to piłkarz, który swoją postawą na boisku i poza nim, zasłużył na to, by mówić o nim tylko dobrze.

Nie ukrywam, moment ogłoszenia decyzji wydaje się odrobinę zaskakujący - między jednym a drugim obozem przygotowawczym, przed rundą, w której będziemy bić się o tytuł mistrzowski. Czy szalę przeważył transfer Tomasza Brzyskiego? Czy 'Kiełbik' nie chciał stać się już tylko pozycją w klubowym budżecie, szafką w szatni, w rzeczywistości elementem znajdującym się już poza układanką, nie uznawanym za pełnoprawnego członka kadry? A może po kolejnych ciężkich przygotowaniach, sygnały ostrzegawcze zaczął wysyłać organizm nigdy nie oszczędzającego się zawodnika?

Jakiekolwiek czynniki stoją za decyzją piłkarza - Tomasz Kiełbowicz może liczyć na kibicowski szacunek.

Dyskusja (3)
1niedziela, 03, luty 2013 11:16
iocosus
Odchodzą Piotr Strejlau, Marek Jóźwiak, Dominik Jarosz, zatem musi być tworzona i nowa ekipa. Tu bym widział i w rozmowie z nowym prezesem, motywy i przyczyny wcześniejszej zmiany klubowej funkcji.

Kiełbik, Żewłak wydają się odpowiednim kierunkiem, perspektywą, w pionie szkoleniowym, na stanowisku kierownika drużyny następuje wyraźna zmiana profilu, z położeniem nacisku na kompetencje administracyjne, logistyczne, zarządzające, aczkolwiek złamanie konwenansu najbardziej rzuca się w oczy.

Przed Kiełbikiem, nowe wyzwania, nowe oczekiwania, zapewne większe niż w przypadku piłkarza z głębokiej rezerwy, zatem mogą być frapujące i przyspieszyły decyzję o pożegnaniu statusu zawodnika.
2niedziela, 03, luty 2013 11:23
corazstarszy
"Nie uważałem Kiełbowicza za futbolistę wyróżniającego się w polskiej piłce, za wybijającego się choćby nawet tylko w Legii. Ale jestem jednocześnie głęboko przekonany, że tak pracowitych zawodników powinno być naszym zespole przynajmniej kilku - zawsze. Bo to dzięki nim błyszczą ci teoretycznie więksi."
To chyba jest esencja. Tomasz często na boisku nie błyszczał, ale miał jednocześnie tyle przyzwoitości, że nie usiłował także błyszczeć, jak np. Żewłakow dzisiaj, w wywiadach. Zawsze wyniki testów, gdy zaczynały się zgrupowania miał najlepsze w drużynie, na boisku pracował jak potrafił najlepiej. I to świadczy o tym, jak systematycznie i poważnie podchodził do pracy, czego jego obecnym kolegom ze składu Legii bardzo brakuje.
I w sedno Gawin utrafił, pisząc o jego wpływie na innych. Gdy w 2007 do Legii zawitał Wawrzyniak, już w glorii reprezentanta, wydawało się, że to on bezspornie zajmie miejsce na lewej obronie. Zagrał kilka meczów na dzień dobry i powędrował na ławę, a grał Tomasz, który się nie poddał po nowym transferze, tylko utrzymał standardy, którym Wawrzyniak musiał dopiero sprostać.
Pamiętam też szumne określanie go przez gazety mianem Giovanniego van Bronckhorsta na początku 2005, gdy Jacek Zieliński zafundował Legii odejście od 352. To była najlepsza runda Tomasza w Legii. Został wybrany najlepszym zawodnikiem sezonu 2004/05, a wiosną rzeczywiście grał wyśmienicie (bramki z wolnych z Pogonią, Lechem, Polonią). Pamiętam też jego dziką radość i nieprzytomny wzrok po bramce na 2-0 z Lechem rok wcześniej (sierpień 2003), 5 minut po tym, gdy przy stanie 0-0, sędzia niesłusznie wyrzucił Choto z boiska. Ile tam było mobilizacji, zawziętości, woli zwycięstwa. A jeszcze wcześniej, w sezonie mistrzowskim za Okuki, wspomniana tutaj bramka na 2-1 z Ruchem w takim niesamowicie topornie rozgrywanym meczu, przy padającym śniegu, na fatalnym boisku.
I jesień 2010, po truskawkowym zaciągu Skorży i Jóźwiaka gdy się okazało, że Legia w pocie czoła musi walczyć z najsłabszymi nawet rywalami o punkty. Ile bramek padło z jego asyst po rzutach wolnych (zwycięski gol Mezengi z Lechem, obydwa z Górnikiem przy stanie 0-1). Okazał się więcej wart niż szeroko reklamowani ludzie z bannera. Do dziś nie mamy i szybko mieć nie będziemy kogoś, kto tak umiejętnie i z wyczuciem zagra z rzutu rożnego czy wolnego.
Jeśli utrzyma taki etos pracy jako skaut, to spodziewam się, że Akademia Piłkarska Legii będzie mu wkrótce zawdzięczać wielu zdolnych młodziaków. Dla mnie wzór podejścia do pracy.
3niedziela, 03, luty 2013 13:05
Monrooe
Mam wielki szacunek dla Tomka Kiełbowicza, jednocześnie przeczuwałem, że jeśli tylko sprawdzi się (a właśnie się sprawdza) jego imiennik Brzyski to dla Kiełbika zabraknie miejsca w zespole Jana Urbana. No trudno, taka jest kolej rzeczy, Tomek trwał dopóki był potrzebny, teraz może już jednak odpocząć. Niemniej jednak szkoda, strasznie faceta lubię. Z drugiej strony przecież nie znika, zostanie z nami, nadal będzie pomagał. Bardzo mnie to cieszy, tacy ludzie powinni dostawać w naszym klubie szansę dalszej współpracy. Tak będzie z panem Tomaszem - super.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1