- Kategoria: Trybuna komentatorów
- Garm
Baranek
W pełnym niezwykłego liryzmu i głębokiej refleksji tekście ałtor prezętóje sfoje pszemyślenia związane z ostatnimi sukcesami ókohanego klóbu. Osoby z awersją do tekstów obfitujących w pretensjonalne wyziewy autobiograficzne czytają na własne ryzyko.
Kiedy jeszcze po ulicach chodziły białe niedźwiedzie, a autor niniejszego tekstu uczęszczał na zajęcia w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego, z hasłem "Baranek" kojarzył mu się głównie wypisany na ścianie kabiny w męskiej ubikacji wierszyk. Szło to mniej więcej tak:
Jak fajnie być barankiem,
I wstawać sobie rankiem,
I biegać na polankę,
I śpiewać sobie tak:
"Be be be, kopytka niosą mnie,
Be be be, kopytka niosą mnie."
Następnie "szło to" też po angielsku (poza ostatnimi wyrazami poszczególnych wersów, żeby zachować rymy) oraz po późnozachodniosaksońsku, czyli w języku obowiązującym na Wyspach (obecnie) Brytyjskich do roku 1066. Teraz rzecz jasna jestem o parę kilo starszy i z barankiem kojarzy mi się znacznie więcej spraw - zwłaszcza w dzień po Wielkiej Nocy - ale i tak gotów jestem zaśpiewać teraz utwór liryczny o treści tylko nieco zmodyfikowanej:
Jak fajnie być barankiem,
I wstawać sobie rankiem,
I patrzeć na tabelę,
I myśleć sobie tak:
"Be be be, nie dogonicie mnie,
Be be be, nie dogonicie mnie."
Skąd ta wesołość u ponurego z natury i dość mrukowatego Garma? Trudno się nie cieszyć, kiedy Legia wygrywa trzeci mecz z rzędu (zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach)! Nie od dziś jestem wielkim zwolennikiem talentu Dominika Furmana, ale spokój, z jakim skierował wczoraj do siatki piłkę podawaną przez Ivicę Vrdoljaka tylko pogłębia mój szacunek dla jego umiejętności i potencjału. Nie od dziś jestem wyznawcą geniuszu serbskiego daru dla warszawskiej ludności, Daniela Ljuboi, ale kunszt, z jakim oddawał wczoraj niezwykle groźne strzały cycem i półdupkiem tylko zwiększa mój podziw wobec jego wirtuozerii. Szkoda, że ostatecznie zanotował tylko jedno trafienie, bo z meczu na mecz gra coraz lepiej i coraz bardziej przypomina dominatora, którym był w pierwszych miesiącach swojej gry w Legii.
Podziw musi wzbudzać zdolność tej drużyny do wydostawania się z tarapatów. Już w Kielcach mimo słabej gry i koszmarnej postawy w obronie legioniści potrafili doprowadzić do remisu 2:2 (tylko po to, żeby potem stracić komplet punktów kolejnym fatalnym zachowaniem w defensywie); w Bielsku-Białej wygrali mimo dramatycznego braku skuteczności i bramki Roberta Demjana na 1:1. Na Konwiktorskiej zwyciężyli mimo niepodyktowania oczywistego ich zdaniem karnego i utraty w ostatnich minutach spotkania gola strzelonego z wyraźnego spalonego.
Niepokój musi wzbudzać zdolność tej drużyny do pakowania się w tarapaty. W Bielsku-Białej legioniści prowadzili 1:0 i stwarzali kolejne sytuacje bramkowe, ale haniebnie je marnowali i pozwolili gospodarzom doprowadzić do wyrównania. Po ponownym objęciu prowadzenia dalej marnowali sytuacje i pozwalali rywalom na stwarzanie zagrożenia pod własną bramką, w dużej mierze interwencjom Duszana Kuciaka zawdzięczając wywiezienie z trudnego terenu kompletu punktów. Również w kolejnym spotkaniu z Górnikiem najgorzej Legia grała w drugiej połowie przy prowadzeniu 1:0. Długimi fragmentami śmierdziało bramką wyrównującą dla Górnika - dopóki na 2:0 nie podwyższył Ljuboja. Nie inaczej było też na Konwiktorskiej. Zasłużone prowadzenie, kolejne zmarnowane sytuacje, przejście w tryb obrony wyniku, nieunikniona strata gola... i udana walka o zdobycie kompletu punktów.
Zdobycie kompletu punktów w takich okolicznościach musi cieszyć, ale niepokojem napawa łatwość, z jaką Legia wchodzi we wspomniany powyżej tryb obrony wyniku. Może warto by poczekać z tym do chwil, kiedy nasze prowadzenie jest nieco bezpieczniejsze niż 1:0? Wciąż jest sporo do poprawy, ale kto z kibiców Legii patrząc na tabelę nie szczerzy gęby w charakterystycznym bananie?
Abstrahując od stylu, wygrana w Wielką Sobotę nie jest czymś, co przychodzi Legii łatwo i często. Trudno się nie cieszyć, kiedy ukochany klub wygrywa trzeci mecz z rzędu, łamiąc przy okazji kolejne klątwy wyjazdowe. Klątwy jak na klub o legijnych aspiracjach, nie oszukujmy się, dość kompromitujące. Osobiście czekam jeszcze na pokonanie klątwy stadionu przy ulicy Reymonta. Na przykład 13 kwietnia 2013 roku.


dzieckobaranek.Jak fajnie być barankiem,
I wstawać sobie rankiem,
I patrzeć na tabelę,
I myśleć sobie tak:
"Be be be, nie dogonicie mnie,
Be be be, nie dogonicie mnie."
Co nie zmienia fakty, że wpaść na pomysł strzelania klatą w tej chwili.. fiu, fiu.. naprawdę szkoda, że nie wpadło.
@ QD
- "Ale wczoraj widzieliśmy wyraźnie, że równie dobrze używa głowy, co klaty, albo poślada "
No ja nie wiem czy to były poślady... oglądałem kilka powtórek i mnie się wydaje, że ten strzał to były niezłe jaja.
Niezłe jaja to były jak Kuciak bronił - cała knajpa zawyła ze współczuciem. No ale powiedzmy, że strzelił bokserkami
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek
Obyśmy gapiąc się na baranka w czerwcu "nie toczyli piany z ust".
Sprawa z tą reką przy akcji Rado, nie daje mi spokoju. Przy największych naszych ostatnich pucharowych viktoriach, fortuna nam sprzyjała, według mnie sędziowie nie odgwizdali fauli Wawrzyniaka w szesnastce i w Moskwie i w Bukareszcie, zatem, że los dał, a teraz odbiera, nie ma co grymasić, ale sprawę mozna rozpatrzyć w kategoriach uniwersalnych.
Jeżeli temida piłkarska uznaje że takich "zagrań ręką" nie należy odgwizdywać ponieważ to nie są właśnie "zagrania", to wszyscy piłkarze grający w destrukcji i chowajacy ręce za plecy we własnym polu karnym, właśnie po to, żeby piłka ich w górne kończyny nie uderzyła i sędzia nie miał okazji do podyktowania karnego, są używając eufemizmu ... mało roztropni. Można mięśnie ręki mieć napięte, ale to wcale nie oznacza, że dłoń ma być zaciśnięta w pięść, jak tłumaczy to Stempniewski w C+, to złudne i fałszywe przekonanie.
Moim zdaniem Baran nie zareagował jakby piłka go "oparzyła", nie miał ręki przy ciele, lub schowanej za plecami, obserwując ten przypadek wszyscy, którzy tak właśnie postępowali w analogicznych sytuacjach, mogli się poczuć wystrychnięci na dudka, ponieważ żaden bramkarz po "takich rękach" nawet tanczyć między słupkami by nie musiał.