- Kategoria: Wokół boiska
- gawin76
Polska - Niemcy 2-0: Czapki z głów
Historyczne zwycięstwo Polski nad Niemcami stało się faktem. W sobotni wieczór 11 października reprezentacja Polski pokonała drużynę naszych zachodnich sąsiadów 2:0. Bramki dla Polski zdobywali Arkadiusz Milik w 51. minucie i Sebastian Mila w 88. minucie meczu. Kadrę Adama Nawałki już we wtorek czeka kolejny ważny sprawdzian – tym razem do Warszawy przyjadą Szkoci.
Zwycięstwo Polski nad Niemcami to wielki sukces i duża niespodzianka. Trudno było przypuszczać, że drużyna Adama Nawałki zdoła stawić opór ekipie Joachima Loewa. Przed pierwszym gwizdkiem sędziego na jednej połowie boiska stała przecież drużyna, która przez rok pracy Adama Nawałki w roli selekcjonera nie zagrała dobrego, przekonującego meczu z solidnym przeciwnikiem, przeżywając katusze choćby w towarzyskim spotkaniu z Litwą. Selekcjonerskie wybory sprawiały wrażenie chaotycznych, a nerwowe poszukiwanie odpowiednich zawodników na lewą obronę czy środek pomocy trwało do ostatnich chwil przed zgrupowaniem reprezentacji. Na drugiej połowie boiska mieliśmy ekipę mistrzów świata, od ośmiu lat prowadzoną z wielkimi sukcesami przez Joachima Loewa, naszpikowaną gwiazdami Bundesligi, dowodzoną w środku pola przez znakomitego Toniego Kroosa. Chyba jeszcze nigdy 'papierowa' różnica poziomów przed meczem Polski z Niemcami nie wydawała się tak duża. A jednak to właśnie tym razem Polska była górą.
Pierwsza połowa sobotniego meczu przebiegała zgodnie z zakładanym przedmeczowym scenariuszem. Niemcy osiągnęli dużą przewagę, przenosząc ciężar gry na naszą połowę i spokojnie szukając sposobu na sforsowanie polskiej defensywy. Polacy bronili solidnie, starannie wystrzegając się indywidualnych błędów w defensywie, ale brakowało umiejętności, żeby 'odgryźć się', żeby postraszyć Niemców atakiem, przetrzymać piłkę z dala od bramki Wojciecha Szczęsnego. Długie piłki wykopywane z naszej połowy natychmiast padały łupem gości, a kiedy tylko zapędziliśmy się większymi siłami pod bramkę Manuela Neuera, za chwilę robiło się gorąco na naszej połowie, bo Niemcy w ekspresowym tempie sunęli z kontrą. Gości zawodziła jednak skuteczność, zwłaszcza w ostatnim kwadransie pierwszej połowy, kiedy doskonałe szanse na zdobycie gola marnowali kolejno Karim Bellarabi, Thomas Mueller i znów Bellarabi. Do przerwy był bezbramkowy remis.
Kilka minut po przerwie Polacy wreszcie przeprowadzili skuteczną akcję ofensywną. Ten moment okazał się kluczowy dla losów meczu. Niemieckie natarcie zostało zatrzymane na lewym skrzydle przez Jakuba Wawrzyniaka. Goście sygnalizowali faul, ale portugalski sędzia Proenca nie przerwał gry. Piłka trafiła do Tomasza Jodłowca, który zdecydował się na długi przerzut do Kamila Grosickiego. Grosicki przegrał powietrzną walkę o piłkę z Erikiem Durmem, jednak Durm nie kontrolował piłki, a ta trafiła pod nogi Łukasza Piszczka. Piszczek prawą nogą dośrodkował w pole karne, gdzie znalazł się Arkadiusz Milik, który strącił piłkę, uprzedzając Manuela Neuera i wyprowadzając Polskę na prowadzenie. Ten gol dodał naszej reprezentacji wiary i pewności siebie, co przełożyło się na jeszcze bardziej zawziętą grę Polaków w defensywie. W środku pola dzielnie walczył Tomasz Jodłowiec, kilka fenomenalnych interwencji w obronie zanotował Kamil Glik, a Wojciech Szczęsny emanował spokojem w bramce, ze stoickim spokojem zatrzymując kolejne niemieckie strzały. Niemcy byli blisko wyrównania po strzałach Mario Goetzego, Andre Schuerrlego i Bellarabiego, ale w każdym przypadku Szczęsny był na posterunku. Nasz bramkarz pewnie nie miałby nic do powiedzenia przy potężnym huknięciu Podolskiego z woleja, na szczęście w tej sytuacji piłka trafiła w poprzeczkę. Niemcom nie pomagały ofensywne zmiany przeprowadzone przez trenera Loewa, mijały minuty, a Polska wciąż prowadziła 1:0. W 88. minucie meczu po kolejnej kontrze reprezentacji Polski wykonywaliśmy aut na prawej stronie boiska. Piłka trafiła do Roberta Lewandowskiego, który w znakomity sposób wygrał walkę o piłkę z Durmem i wystawił futbolówkę Sebastianowi Mili. Mila uderzył bez przyjęcia, mierzonym strzałem zdobywając drugą bramkę dla Polski i rozstrzygając losy meczu.
Polakom udało się wszystko co zamierzali przed meczem. Udało się przetrzymać niemiecki napór i nie stracić bramki, udało się skontrować przeciwnika raz, otwierając wynik meczu i unikając sytuacji, w której to my musielibyśmy 'gonić' wynik, oraz skontrować go po raz kolejny, zdobywając gola pieczętującego nasze zwycięstwo. Modelowo, perfekcyjnie nakreślony scenariusz na mecz ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Cieszy, że nie zawiedli zawodnicy uważani przed meczem za filary reprezentacji Polski. Nawet najmniejszego błędu nie popełnił Szczęsny, a interwencje przy strzałach Goetzego i Bellarabiego w drugiej połowie meczu były wysokiej klasy. Kamil Glik interweniował zdecydowanie i czysto, rozgrywając bez wątpienia swój najlepszy mecz w reprezentacji Polski i pozwalając nam zrozumieć przyczyny, dla których odgrywa tak ważną rolę w Torino. Dla drużyny potrafili poświęcić się Grzegorz Krychowiak, który niestrudzenie harował w środku pola, i Robert Lewandowski, który poza jednym wyjątkiem w drugiej połowie, kiedy niepotrzebnie poszedł na przebój, mając lepiej ustawionego kolegę na lewej stronie, grał zespołowo i z dużym zaangażowaniem, tocząc fizyczne boje z Hummelsem, Boatengiem i Kramerem. A już końcówka meczu, kiedy Lewandowski najpierw przestawił Durma i wystawił 'patelnię' Mili, a potem jeszcze udanie przetrzymywał piłkę na połowie Niemców, była popisem Lewego. Musi nas cieszyć również postawa Tomasza Jodłowca, który po trudnym początku meczu, kiedy notował straty i niedokładne podania, z każdą minutą coraz bardziej przypominał dobrze nam znanego gladiatora środka pola, znakomitego w odbiorze piłki i udanie inicjującego akcje swojego zespołu.
Niemcy potwierdzili swoją klasę. Do Warszawy przyjechała drużyna znajdująca się w przebudowie, pozbawiona kilku wielkich zawodników, którzy zdecydowali się zakończyć reprezentacyjną przygodę, oraz innych, zmagających się z kontuzjami. Mimo to Niemcy dominowali na boisku, osiągając ogromną przewagę w posiadaniu piłki i ilości strzałów. Mogła imponować ruchliwość ofensywnego kwartetu, na który składali się Bellarabi, Mueller, Goetze i Schuerrle, swoboda w operowaniu piłką, wymienność pozycji i łatwość dochodzenia do sytuacji strzeleckich. Niemcy stworzyli sobie dość okazji, żeby rozstrzygnąć ten mecz na swoją korzyść. Ale Niemcy potwierdzili też swoje problemy. Trudno utrzymać poziom po apogeum, jakim były mistrzostwa świata. Kadrze Loewa w meczu z Polską zabrakło skutecznego napastnika, a na lewej obronie straszyło słabe ogniwo w osobie Erika Durma, którego błędy zostały bezwzględnie wykorzystane przez reprezentację Polski.
To piękny dzień dla polskiej piłki. Nasz futbol wdarł się na eksponowane miejsca w kolumnach sportowych w całej Europie, co widać choćby po poniższym screenie z internetowego wydania Daily Mail. Oby tylko 11 października 2014 nie był odosobnionym, chwalebnym epizodem, a stał się początkiem nowego rozdziału w historii reprezentacji Polski. Cieszą trzy punkty, ale warto wykorzystać to zwycięstwo do czegoś więcej, do zbudowania w drużynie poczucia pewności siebie i ducha wiary w sens podejmowania wspólnego wysiłku.
Pierwsza weryfikacja wartości sobotniej wiktorii już we wtorek, kiedy na Stadionie Narodowym pojawią się Szkoci.


(c) iocosus ![]()


https://www.youtube.com/watch?v=Wyug0QzV3kg
Już rozumiem, treść i sens tej przyśpiewki!
Każdy kto przeczytał dwie książki Pana Kazimierza Górskiego jest bogatszy o wiedzę tyczącą kształtowania się zespołu zdolnego do osiągania wielkich celów. Jest kwestią oceny na ile Pan Kazimierz sterował tym procesem, a na ile miał on charakter obiektywny i tylko trener Górski go opisał. Jest jednak poza sporem, iż są to bodaj jedyne refleksyjne prace mające walor poznawczy w zakresie metodologii pracy z reprezentacją. Reszta ma charakter plotkarsko-przyczynkarski. Zdaniem Pana Górskiego dobierać do grupy należy piłkarzy w pierwszej kolejności myślących, gdyż tylko tacy są w stanie zmieniać swoje nastawienie poznawcze wraz z kolejnymi doświadczeniami. Porażki powinny mieć aspekt kształtujący hart ducha, nie należy się ich bać, ale należy ich unikać. Zaś zwycięstwa wnosić powinny pewność siebie, wiarę w możliwości wygrywania i ukształtować ducha drużyny czyli poczucie wzajemnych więzi opartych na zaufaniu, wspólnoty celów i wzajemnej pomocniczości. Wśród psychologów nie ma zgody czy wygrywanie meczów rodzi coś nowego w postaci tzw. ducha zwycięzców i co to jest. Mniejszość uważa, że tak jest, zaś zdecydowana większość, że to mity. Natomiast wielu trenerów praktyków wierzy, iż można tę mentalność ukształtować. Pan Kazimierz powiadał zaś, iż to działa nie zawsze tak samo i nawet w tej samej grupie ludzi inaczej ich kształtuje. Jego zdaniem na pewnym etapie zawodnicy, którzy osiągnęli zakładane cele stają się grupą o wyższej klasie, jakości i wartości. Każdy z nich, aby się dalej rozwijać ma jednak rezerwy, których wydobycie bez jego udziału jest niemożliwe. Nie ma metody, aby go do tego niejako przymusić, bo w pewnym momencie już mu się nie chce chcieć. Sam siebie obwiniał mówiąc, że nie umiał do zawodników trafić i że zabrakło wzajemnego zrozumienia w dążeniu do celu, który przestawał być wspólny. Zastanawiał się dlaczego gracze nie wykonywali na boisku znanych im i wpojonych założeń. Na swój użytek nazywał to wygodnictwem choć lepszym określeniem byłby bezwład psychiczny. Chcieli osiągnąć dobry wynik - jak najmniejszym kosztem. Najbardziej widoczny był spadek waleczności. Zdaniem Pana Kazimierza piłka nożna jest sportem walki, wygrywają twardzi, odważni, bardziej zdecydowani. I jak mówimy o szczęściu to fortuna właśnie takim sprzyja. Sukcesy, jak oceniał, spowodowały, że dla niektórych reprezentantów gra w piłkę przestała być najważniejszą albo jedną z najważniejszych spraw w życiu. Owszem, trenowali, grali, ale brakowało już motywacji psychologicznej. Brakowało koncentracji. Inne sprawy stały się ważniejsze niż mecz. Pewność siebie prowadziła do lekceważenia słabszych w ich mniemaniu rywali i opowiadania o nich bez szacunku. Pan Kazio uznał też, iż im więcej śmiechów i żartów tym słabsza gra. Jego zdaniem łatwizną było też rozgrzeszanie się po porażkach. Jesteśmy wykończeni, przemęczeni, chcieliśmy jak najlepiej, ale nam nie wyszło. Czego więc od nas chcą? Pech, presja, deszcz, złe boisko, sędzia... Wszyscy są winni tylko nie my.
Na swój użytek sformułowałem tezę, że drużyna Pana Kazimierza od 1972 roku do września 1975 roku pomimo porażek była na fali wznoszącej, zaś od tego czasu do końca pomimo zwycięstw była na fali opadającej. I na jej przykładzie widać, że w tym dziwacznym kraju nad Wisłą sukces jest traktowany jako coś nienależnego, wręcz obcego i jego twórców nie traktuje się z zasłużonym szacunkiem. Pan Kazimierz miał sukcesy ogromne i wystarczyło, że nie wygrał Olimpiady /gdzie my dziś z tym jesteśmy?/, aby go publicznie zlinczowano. W takich bowiem razach do sukcesu podłączają się różne hieny, które na nim chcą żerować i kiedy ich zdaniem ten sukces jest za mały to uznają, że i żeru dla nich za mało i żądają więcej. Są to media, które ma co dzień wyszydzają piłkę i obwiniają ją i kibiców o całe zło świata. Dziś mamy z tym samym zjawiskiem do czynienia. Na razie pieją hymny pochwalne, za chwilę z jeszcze większą gorliwością i poczuciem misji będą wyszydzać i kubły pomyj wylewać.
Natomiast czy drużyna prowadzona przez Adama Nawałkę będzie dbała o to, aby być na fali wznoszącej to tylko od niej zależy. Media im w tym nie pomogą.
Kazimierz Górski to moje lata i wy......lać małotactwo!
Co Ty chcesz udowodnić?
Ten Górski magią swoją wygrał...czy Anglicy napierda......li trochę za bramką
Wybierz teraz teorię ładnego celu?
Czy uważasz, że w 73 roku Anglicy nie chcieli strzelić bramki?
Mieli do tego -wszystko- ale NIE STRZELILI ( duże litery- ale musiałem)
Wiesz bardzo nie podoba mi się taka oto ocena?!
Ona jest podstawą Twojej myśl
Retrospekcje zdarzeń można nazwać - bzdurą.
ALE
Jakie Ty masz prawo? Bardzo przepraszam - oceniać co kolwiek
Tu w tych czasach grali Ludzie, którzy potrafili piłkę zadać tak jak Im się chciało
Bardzo dużo piszesz, lecz NIE PISZESZ SENSU
Pisanie dla pisania jest SŁABE ( duże litery) - adekwatne
Czytając skład Niemców dla mnie laika tylko dwa nazwiska brzmiały obco czyli te wszystkie zapewnienia, że 3/4 drużyny kontuzjowana o kant d... potluc.
Piłka nożna nie jest grą sprawiedliwą ale za to jest bardzo prostą we wskazaniu zwycięzcy. Ten kto strzeli więcej ten wygrywa.
Zbyszek ma rację, rywala zgubiła nonszalancja i pewność siebie. Sytuację tworzyli jedną po drugiej więc myślenie za chwilę coś wpadnie musiało im towarzyszyć. Czym bliżej końca tym bardziej nerwowo a już stracona bramka zadziałała odwrotnie. Chyba Getze po meczu powiedział- jak nawet grali byśmy jeszcze pół Godz i tak nic by nie wpadło. Psychika ach ta psychika !
Rację mają też ci którzy mówią, to zwycięstwo nabierze pełnego blasku po zwycięskim meczu wtorkowym. Do historii już przeszli ale aby choćby zacząć porównywać ten mecz z tym na Wembley potrzeba moim zdaniem ciut więcej.
Jestem też strasznie ciekawy co teraz mówią ci wszyscy którzy jasno mówili aby ten mecz olać bo ważniejszy dla nas jest ten ze Szkotami . Indywidualnych ocen z mojej strony brak, walczyła drużyna i wygrała drużyna.
Wygrywają Zwycięscy i proszę napisz mi o tej nonszalancji i pewności siebie.Chyba inny mecz mieliśmy okazję obejrzeć
słabo
Po sobotnim historycznym wydarzeniu otrzymałem kolejne tego dowody. Bezpośrednio po meczu niesieni entuzjazmem i Roman Kołtoń i Wojtek Kowalczyk bardzo wysoko niemalże „euforycznie” ocenili grę i postawę strzelca pierwszego gola Arka Milika. Mhm, również jestem gotów go na rękach nosić, jest dla mnie jednym z głównych naszych bohaterów, futbolowych herosów któremu należy i gratulować i dziękować, ale tego nie podważając … racjonalna, chłodna, analityczna w oparciu o statystykę, recenzja gry Arkadiusza Milika jest zawarta w tym miejscu:
http://taktycznie.net/2014/10/arkadiusz-milik-w-meczu-z-niemcami.html
Takie „zimne” cenzurki lubię, poznawczo są tym czego szukam.
Też starając się pozbyć ciągle unoszącej mnie satysfakcji, muszę się zgodzić na przykład z Mateuszem Borkiem twierdzącym, że to Niemcy grali w piłkę, ale to my strzelaliśmy bramki. No i pal diabli „wrażenie artystyczne”, radochy z wygranej to u mnie nie umniejsza, jeżeli podopieczni Loewa byli nieskuteczni w odróżnieniu od nas, to ich ból głowy, naszego zwycięstwa to nie deprecjonuje, stworzyliśmy okazje, wykorzystaliśmy je, zatem nasza wiktoria jest zasłużona, ale … ale też konstatuję, ze w „wrażeniu artystycznym” to my, jak mi się zdaje, zaprezentowaliśmy się choćby lepiej w 2011 roku w zremisowanym 2:2 meczu z Niemcami w Gdańsku. Wówczas Szczęsny też był bohaterem, bronił bardzo dobrze, ale bardziej zdominowani byliśmy jednak w sobotę, aniżeli trzy lata temu wstecz. Sam jeden Peszko miał wtedy chyba więcej okazji dla nas, niż my teraz wszystkich przez cały mecz. Cóż nie pierwszy i nie ostatni piłkarski paradoks.
Subiektywnie diablo mnie cieszy jeden mały szczegół, że prawie każdy z piłkarzy w każdej niemal wypowiedzi podkreśla jak istotny jest teraz mecz ze Szkotami.
"Jesteśmy najlepsi" !
Wywiady chyba ze wszystkimi, nawet z pierwszym trenerem Mili.
Podobno na tvn24 o 12 rozmowa z akuszerką, która jakoby odbierając Sebka już wiedziała
„Można wreszcie parsknąć, że wczorajszymi poczynaniami podopiecznych Adama Nawałki kierował wyłącznie Jego Wysokość Fuks. Że w żadnej inne dyscyplinie zespół, który osiągnął taką przewagę nad rywalem, jak Niemcy, nie miałby prawa zejść z boiska pokonanym.
I wszystko to… prawda. Tak, nadal nie mamy drużyny zdolnej walczyć – czy nawet próbować walczyć – jak równy z równym z najlepszymi na świecie. Ba, nie mamy nawet zespołu, który swą wartością dorównywałby sumie części składowych, a wczorajsze spotkanie nijak nie pokazało, że selekcjoner Nawałka naprawdę wie co robi. Nadal szans na zwycięstwa musimy poszukiwać w rejonach totalnie irracjonalnych, mówiąc wprost: wierzyć w cuda.
Ale …”
Kto chce poznać „ale” niech zajrzy: http://no-wlasnie.blog.pl/2014/10/12/weltmeissterschaftsiegerbesieger/
Walczyli jak nigdy, czyli od czasu repry z eliminacji do Euro 2008
Mieli furę szczęścia pod obiema bramkami, ale szczęście to też element piłki.
Teraz tylko przestać przeżywać to 2-0 i grać dalej bo eliminacje trwają, a my mamy na tą chwilę 3 punkty. Tak 3 bo mecze z amatorami z Gibraltaru w końcowym rozrachunku liczyć się nie będą.
"Że w żadnej inne dyscyplinie zespół, który osiągnął taką przewagę nad rywalem, jak Niemcy, nie miałby prawa zejść z boiska pokonanym"
Ano miał przy udziale jedynie dobrze wysportowanego Szczęsnego Wojciecha.
Może tytuł np: "Nam strzelać nie kazano" - przetrawią piłkarze reprezentacji Niemiec na odprawie.Wyłamał się Podolski, który sprawdził wytrzymałość poprzeczki i Algierski Niemiec. Może jeszcze Getze z bliska. Całą resztę strzałów Mistrzów Świata z dobrym skutkiem złapałby Skaba ( z całym szacunkiem do Wojciecha).
Pewnie Neuer cały czas się zastanawia jak ten...Mila ( jakiś tam) strzelił tam gdzie chciał
I niech Neuer taki ból głowy ma
Jak mawiają Anglicy: "Raz na niebieski księżyc"
Nie umniejszam sukcesu jakim jest niewątpliwie zwycięstwo nad aktualnym Mistrzem Świata. Cieszę się prawdziwie, ale w żaden sposób w mojej świadomości nie zniknęły wszelkie bolączki naszej skopanej. To 2:0 niczego nie zmieniło, poza "orgazmem" wielu środowisk. Napisałem, że mecz z Niemcami jako żywo przypomina mi potyczkę Legii z Trabzonem. Statystyki posiadania piłki, strzałów a nawet poprzeczka.
Ci sami, którzy przed meczem mówili (pisali) o "eurowierdolach" zaraz po meczu zmienili front i zakrzyknęli, ze "jeśli Legia nie wyjdzie z grupy, okaże sie największym frajerem".
Cóż takiego dokonali nasi reprezentanci ?
Wygrali jeden mecz z osłabioną drużyną Niemiec, w stylu bardzo "wstydliwym". Najwięksi optymiści nazywają to "taktyką". Nasza Legia toczy podobne boje co tydzień i nikomu z rozsądnych do głowy nie wpadnie aby stawiać pomniki piłkarzom PBB, GKS Bełchatów czy wreszcie Piastowi Gliwice. Link, który zapodałeś mógłby w dużym skrócie wyglądać tak:
Oboje z żoną byliśmy wczoraj mocno zmęczeni, toteż poszliśmy spać zaraz po końcowym gwizdku Frankowskiego. Ocknąłem się dziś rano i powiedziałem do M.: „wiesz co? śniło mi się, że wygraliśmy z Legią 3:1”.
Można całą sprawę sprowadzić do prastarego porzekadła, które w swej bardziej parlamentarnej postaci głosi, iż nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę pokazuje właściwą godzinę. Brak pojedynczego choćby zwycięstwa Piasta Gliwice w całej historii klubu z Legią był statystyczną anomalią, która wreszcie kiedyś musiała znaleźć swój kres.
Można też odwołać się do magii. Piąty października to Światowy Dzień Nauczyciela. Nasi piłkarze na tle przereklamowanej Legii zagrali jak "profesorowie"
Można wreszcie parsknąć, że wczorajszymi poczynaniami podopiecznych Angela Pereza Garcii kierował wyłącznie Jego Wysokość Fuks. Że w żadnej inne dyscyplinie zespół, który osiągnął taką przewagę nad rywalem, jak Legia, nie miałby prawa zejść z boiska pokonanym.
I wszystko to… prawda. Tak, nadal nie mamy drużyny zdolnej walczyć – czy nawet próbować walczyć – jak równy z równym z najlepszymi w kraju. Ba, nie mamy nawet zespołu, który swą wartością dorównywałby sumie części składowych, a wczorajsze spotkanie nijak nie pokazało, że trener Perez naprawdę wie co robi. Nadal szans na zwycięstwa musimy poszukiwać w rejonach totalnie irracjonalnych, mówiąc wprost: wierzyć w cuda.
Ale nie cała prawda. Gdybyśmy wiedzieli przed meczem, że otwierająca bramka padnie po ewidentnym błędzie obrońcy, na kogo byśmy postawili? Na Lewczuka, czy może jednak Klepczyński? No właśnie.
Piotr Brożek przełożył – znów: wreszcie! – w swej grze dla Piasta efektywność nad efekciarstwo.
Przed linią obrony Ruben Jurado – cichy bohater spotkania – przyćmił znacznie bardziej okrzyczanego Ivice Vrdoljaka, zaś Kamil Wilczek zrobił to, czego oczekuje się od napastnika – znalazł się we właściwym miejscu o właściwym czasie. W dodatku 3 razy !!!
Mili Państwo, wygraliśmy z Legią! Wnukom będziemy o tym opowiadać!
Cieszmy się. Nawet jeśli nie była to podstawowa jedenastka w sezonie, nie dość że ograliśmy panujących Mistrzów Polski, to jeszcze – co się naprawdę rzadko zdarza – gdybologię możemy pozostawić przeciwnikowi.
Wybacz humorystyczne potraktowanie sprawy, ale ta cała heca porównywana z "Grunwaldem" w mojej ocenie na takie zasługuje.
Skoro już tak spolszczamy angielskie powiedzonka, podrzucę jeszcze jedno: "jedyny dorosły w (całej) wsi". Ładne, prawda? Idealnie obrazuje sytuację, w której ktoś próbuje "racjonalnie" przekonać ogół do czegoś, o czym jest gruntownie przekonany.
Posłużyłeś się moim tekstem, więc napiszę od siebie. Sobotnia wiktoria nie wyleczyła jakiejkolwiek bolączki polskiej kopanej. Ba, nie zapobiegła nawet bieżącym problemom naszej kadry. Nie obudziliśmy się w niedzielę w kraju futbolowym mlekiem i miodem płynącym.
Co absolutnie nie zmienia faktu, że wygraliśmy. Że przez te trzy dni: wczoraj, dziś i jeszcze jutro do wieczora, możemy się cieszyć. Cieszyć. Nie analizować. Nie ugniatać na nowo wszystkich guzów i siniaków. Nie dzielić włosa na czworo i - przede wszystkim! - nie gdybać. Zobacz, ile razy to już przerabialiśmy: gdyby X lepiej pocelował, Y ciaśniej przykrył, a Z mocniej się skoncetrował, to ho-ho i w ogóle! Sobotnie spotkanie jest jednym z baaardzo nielicznych na przestrzeni ostatnich d e k a d, po którym podobne dywagacje możemy spokojnie pozostawić przeciwnikowi. I to jakiemu przeciwnikowi!
Twoja analogia z meczem Piast-Legia jest - wybacz! - strasznie koślawa. Po pierwsze, różnica klas zupełnie nie taka. Piast gra w tej samej lidze, co Legia. Polska natomiast do światowej ekstraklasy nie należy i jeszcze długo należeć nie będzie. Gdy Piast wygrywa z Legią, klub numer naście w kraju pokonuje klub numer jeden. Gdy Polska ogrywa Niemcy, karda nr 70 na świecie pokonuje nr 1. Widać różnicę, prawda?
Co więcej, Legii - o czym, jako kibic tego klubu, doskonale wiesz - takie klopsy się zdarzają. Nieczęsto, owszem, nie żeby co kolejka, ale te dwa-trzy razy na rundę będzie, hm? Niemcy zaś słyną z niezwykłej regularności. Oni w eliminacjach po prostu nie przegrywają. I już.
Wreszcie: kto o czym będzie opowiadał? Kibice Piasta? Naprawdę? Wszyscy czterej? Ja wiem, że to zabrzmi górnolotnie, ale w sobotę wieczorem pięćdziesiąt parę tysięcy ludzi na stadionie plus miliony w całym kraju miały autentyczne powody do dumy. Nawet gdyby te powody przetrwały ledwie trzy dni - oby nie! - lepsze tyle, niż nic.
Nikogo przekonywać nie mam potrzeby, jak i mnie nikt nie przekonana, że sobotnim meczem otworzyliśmy nowe strony historii polskiej piłki.
Pamiętne Wembley przynajmniej dawało nam awans, mecz z Niemcami jedynie 3 pkt.
Nie sadzę też aby dzień 11 października ogłaszać dniem piłkarza, tak samo jak dzień 21 września dniem siatkarza, chociaż akurat ci tego dnia zostali Mistrzami Świata ! pokonując w boju wszystkich najlepszych łącznie z Niemcami.
Nie wiedziałem, że posługuję się Twoim tekstem. Jeśli uraziłem, przepraszam.
Już myślałem, że zaczniesz dyskusję o bolączkach naszej kopanej. Na szczęście na łatwiznę nie poszedłeś. Ja każdemu kto w te kolczaste maliny wchodzi chętnie przypomnę Bródkę i konieczność zbudowania 100 pełnowymiarowych torów zadaszonych do ścigania się na łyżwach przez 3 zapaleńców. Inaczej zawsze będzie żle. Masz rację. Ze zwycięstwa należy się cieszyć. Tyle tylko, że niemądry też się cieszy do sera. Więc może by tak bez przesady i z umiarem. Bo nigdy nie jest tak żle, żeby nie mogło być lepiej i nigdy nie jest tak dobrze, aby nie mogło być gorzej. Pozdrawiam.
„Wybacz humorystyczne potraktowanie sprawy, ale ta cała heca porównywana z "Grunwaldem" w mojej ocenie na takie zasługuje.” – tu nie ma co wybaczać, Albiceleste się raczej nie obraził a nieadekwatność parafrazy spróbował wykazać. Ja tam wolę w tym naszym pitoleniu, żeby na przykład Kibic50 drwił z iocosusa, aniżeli z Kuciaka , a „historyczny diapazon” samemu przywołuję, żeby traktować go właśnie z przymróżeniem oka, a nie się nadymać.
Odnośnie analogii do której samemu się odwoływałem, skoro nasza repra jest tylko trzykrotnie mniej warta od niemieckiej, to dowodziłem że ma większe szanse na wygraną od Legii, którą Trabzon szacunkowo przewyższał czterokrotnie, jak się okazało miałem rację, wygrana repry była bardziej prawdopodobna, co zostało potwierdzone wynikiem, kadrowicze strzelili dwa razy więcej goli niż legioniści. „A nie mówiłem!”
„Ci sami, którzy przed meczem mówili (pisali) o "eurowierdolach" zaraz po meczu zmienili front i zakrzyknęli, ze "jeśli Legia nie wyjdzie z grupy, okaże sie największym frajerem” – no ale właśnie tuś mi Bratku w jednym względzie „podpadł”
Przy reprze, jest identycznie, dziś „wszyscy” pieją z zachwytu, aż strach pomyśleć gdybyśmy przegrali ze Szkotami.
Natomiast powtórzę, mam nadzieję, że myślimy podobnie, mnie też wkurza jak ktoś głośno powtarza o Legii w finale Ligi Europy na Narodowym. Cieszę się, że piłkarzom taka myśl się zrodziła, ale gdy dziennikarz lub kibic o tym pitoli, publicznie, mam wrażenie że robi to po to, żeby później w przypadku niezrealizowania tego celu, kpić i drwić ile wlezie z tych którzy „zawiedli”.
" a „historyczny diapazon” samemu przywołuję, żeby traktować go właśnie z przymróżeniem oka, a nie się nadymać"
Nie wszyscy traktują zwycięstwo nad Niemcami z przymrużeniem oka, chyba że całkowicie straciłem poczucie humoru..
http://www.weszlo.com/2014/10/13/jak-co-poniedzialek-pawel-zarzeczny-123/
" żeby na przykład Kibic50 drwił z iocosusa, aniżeli z Kuciaka"
Generalnie nie lubię drwić z kogokolwiek, chyba ze w drodze rewanżu.
"ale to Ty w „triumfujacym orgaźmie” grzmiałeś, żeby Legii w żaden sposób, nawet w szczegółowej analizie nie krytykować"
Nadal tak uważam, bo krytykować kogoś za to, że dokonał czegoś "niemożliwego" ale w kiepskim stylu nie uchodzi.
Dokładnie tak jak reprezentacji, Należy sie cieszyć i na tym koniec. "Stawianie pomników" uważam za dużą przesadę, tym bardziej, że wyniki na innych stadionach pokazują, jak dużą cenę płacą finaliści MŚ. Ciekawy jestem, czy podobna histeria dopadła mieszkańców Islandii ?
Przywołanego pana sobie odpuśćmy, moim zdaniem dawno "odleciał".
Pomników nie stawiajmy i poczucia humoru nie traćmy!
Daj spokój, absolutnie nie czuję się urażony
Nowa strona historii polskiej piłki otwarta została w momencie objęcia sterów kadry przez Adama Nawałkę. Ja sobie doskonale zdaję sprawę, że tylko od niego i - przede wszystkim - jego podopiecznych zależy, czy akapit pod hasłem "eliminacje ME 2016" wspominać będziemy z rozrzewnieniem, czy też zniknie nam gdzieś w natłoku wszechobecnej szarzyzny. Wiem również doskonale, że jakby się obecny sztab i skład nie starał, z tej karty nie da się zrobić arcydzieła światowej literatury, w obecnym stanie stać nas co najwyżej na przyzwoite czytadło. To wszystko napisawszy uważam, że zdanie "wygraliśmy z Niemcami" bez względu na ciąg dalszy czyta się wyjątkowo przyjemnie.
A wypociny redaktora Niedorzecznego radzę sobie odpuścić. Tak zdrowiej
Aha, Ciekawy jestem, czy podobna histeria dopadła mieszkańców Islandii ?
Moje tamtejsze źródła donoszą, że i owszem. Przy czym wypada wziąć poprawkę na, hmmm..., dość osobliwy charakter Islandczyków
@ Zbyszek:
może by tak bez przesady i z umiarem
Napiszę tak: w wyciąganiu wniosków i roztaczaniu dalekosiężnych wizji na podstawie jednego tylko zwycięstwa (choćby nie wiem jak historycznego) umiar jest oczywiście wysoce wskazany, wręcz nieodzowny. Ale w radości? Przecież futbol - i w ogóle sport - powinien przede wszystkim służyć temu, by nieść ludziom radość. Inaczej cała zabawa traci sens. Cieszmy się zatem jak tylko umiemy. Jeszcze parę godzin nam zostało
Od razu stanęły mi przed oczami MŚ w hokeju w Katowicach w 1976. Jako mały osesek szalałem po pokonaniu ZSRR 6:4 potem płakałem po bramce w ostatniej minucie w meczu z RFN (1:2). Mimo pokonania mistrzów świata spadliśmy z grupy A. Oby obecny scenariusz dotyczący piłkarzy był inny i radość niech trwa. Mało mamy jej ostatnio więc nie będzie jej za wiele. Zresztą, to fajne uczucie
Od pewnego czasu zauważam, bo zauważliwy jestem, że malkontenctwo u nas kwitnie, jako by to nie zabrzmiało, wszędzie. Może to jeszcze nie epidemia, ale jakieś takie zarażliwe jest. Nie myślę o Tobie, bo Twój optymizm taki bardziej sarkastyczny jest. Ale jak to u Ciebie bywa pobudzasz mnie do takiego bardziej refleksyjnego pisania. Te takie radości i dążenie do nich i oczekiwanie na nie to po prostu hedonizm jest czyli z greckiego hedone-przyjemność. W skrócie jest to stanowisko oznaczające, że głównym motywem ludzkich działań jest dążenie do przyjemności, radowania się. Pogląd ten jako pierwszy w wersji normatywnej /należy maksymalizować przyjemność i minimalizować cierpienie/ sformułował Arystyp z Cyrenei i od tamtej pory towarzyszą mu dwa problemy: jak ważyć przyjemności i przykrości czyli jak dokonać "rachunku szczęścia" i po drugie, co jest lepsze: przyjemności intensywne choć przelotne czy umiarkowane, ale stałe. Wielu etyków opowiada się za tym drugim rozwiązaniem głosząc, że przyjemność to po prostu brak przykrości. Niestety stan ten można osiągnąć ich zdaniem wyłącznie poprzez uwolnienie się od potrzeb /ataraksia/. A każdy swego potrzebowskiego posiada. Więc jak by nie patrzeć sprzeczność sama w sobie. Albo zaspakajamy się radośnie, albo czegoś lub kogoś potrzebujemy. Hedonizm legł u podstaw etyki utylitarnej. Niezależnie od tych krótkich wtrętów należy zauważyć, że nie istnieje jedna wspólna miara oceniająca przyjemność. Jak trafnie zauważyłeś, teoretycznie opowiadam się za dozowaniem przyjemności i jej smakowaniem, ale tak naprawdę to jestem euforyczny i diapazotyczny. Natomiast u Ciebie te procesy stają się odwracalne.
Pozdrawiam.