A+ A A-

Radwańska "zlinczowana"!?

Aga - Martina pierwsze zwarcie chciałoby się rzec, ale po kolei, oto sekwencja wydarzeń.

Agnieszka chociaż jest faworytką przegrywa w IV rundzie Australian Open z siedmiokrotną triumfatorką wielkoszlemową, ale już w sporcie wiekową Venus Wilams. To już wiemy wszyscy, musieliśmy zaakceptować, Aga na pomeczowej konferencji komplementuje rywalkę, do siebie ma pretensje  za niewykorzystane okazje:

- Zawsze są dwie, trzy akcje, które są decydujące w pojedynkach takich jak ten. Dzisiaj ich nie wygrałam. Nie skończyłam ich i nagle wróciły na moją stronę - powiedziała krakowianka. - Jestem również niezadowolona z niektórych moich decyzji, podejmowanych w równie ważnych momentach.
- Zaskoczyła mnie jej postawa w III secie. Była bardzo regularna. Działał jej pierwszy serwis, udawała jej się większość zagrań. Na wszystko miała odpowiedź.
- Venus nie wyglądała dzisiaj na 34-latkę. Pomimo, że rozegrała trudny mecz w III rundzie, nie było tego po niej widać. Zagrała bardzo dobrze, świetnie się poruszała i było widać w tym wszystkim świeżość.

Postawa godna pochwały, ponieważ przegrywać też trzeba umieć.

W kraju od tenisowych fachowców spływają głosy krytyki za mecz, ale w zasadzie jakiejś wielkiej tragedii  nie ma. Tomasz Wolfke,  dziennikarz i komentator sportowy, specjalizujący się w tenisie:

- Venus ostatnio, już od połowy ubiegłego roku, ewidentnie przeżywa renesans, ale Agnieszka wydawała się być w bardzo dobrej formie. Niestety to nie pierwszy raz, gdy w turniejach Wielkiego Szlema gra dwa-trzy dobre mecze, a potem przychodzi niespodziewany kryzys. To nie tak, że Venus ją zdominowała, tylko powróciły "demony"
- Wyszły wszystkie najgorsze cechy tenisa Agnieszki Radwańskiej. Przede wszystkim, i to już trzeba sobie odważnie powiedzieć, dopóki nie poprawi drugiego serwisu, to nigdy nie wygra turnieju wielkoszlemowego. Niezależnie od tego, czy będzie ją trenowała Martina Navratilova, John McEnroe, Wojciech Fibak czy Tomasz Wiktorowski.
 - Zabrakło śmiałości, odwagi, tenisowego szaleństwa - mówił komentator Polsatu Sport, Tomasz Tomaszewski. - W decydujących momentach grała słabo, bezpiecznie.
(sport.pl)

Tragedii jednak nie ma, ponieważ choćby i sceptyczny Tomasz Wolfke o efektach współpracy Radwańskiej z Navratilovą pisał, w kontekście Wimbledonu nawet optymistycznie:

- Panie trenowały ze sobą może tydzień. Nie ma co oczekiwać cudów
- Agnieszka jest lekka, po trawiastym korcie wręcz "pływa". Intuicyjnymi zagraniami bezpośrednio po koźle jest w stanie narobić "bigosu" właśnie tym mocno grającym rywalkom. Pojawi się wielka szansa. Do tego dodajmy ogromne doświadczenie wimbledońskie Navratilovej, która być może zdradzi Agnieszce jakieś nieopanowane przez nią sekrety gry na trawie

W tym momencie na scenę wkracza owa legenda tenisa Martina Navratilova, od niedawna współopiekunka, konsultantka, oficjalna mentorka Isi i bezceremonialnie publicznie  w okienku TV  i poprzez portal Changeovertennis na cały tenisowy świat podoopieczną obsztorcowuje!

- Trzeba przyznać, że pod siatką nie grała tak, jak to ćwiczymy - mówiła Navrátilová.
- Radwańska nie weszła emocjonalnie w ten mecz, grała pasywny tenis - Williams bardziej chciała wygrać to spotkanie. Agnieszka za często posyłała piłkę na bekhend przeciwniczki. Jej uderzenia nie były tak silne, jak na treningu - powiedziała 58-latka urodzona w Pradze. Brak kontaktu wzrokowego w III secie skwitowała: „Równie dobrze mogłam obejrzeć ten mecz w hotelowym pokoju." Agnieszka nie wykonała nic z przedmeczowego planu. W skali od 1 do 10 jej występ oceniam na 1 - podsumowała bezlitośnie.

Powstało dosyć spore zamieszanie i konsternacja. W obronie córki stanął tata, Robert Radwański:

- Pani Navratilova nie ma jeszcze doświadczenia jako trenerka, mentorka czy guru. Myślę, że trochę przesadziła z tą oceną. Trzeba być stonowanym z taką krytyką, bo za chwilę będzie nowy mecz, nowe otwarcie i wszystko może pójść lepiej. Dlatego uważam, że Agnieszka nie zasłużyła tylko na jedynkę. (eurosport.onet.pl)

Jego opinia nie była spowodowana li tylko rodzicielskim nastawieniem, wiele osób ją podzieliło:

- Po co publicznie prać brudy? Swojego zawodnika co prawda nie wolno cały czas głaskać, ale się go nie linczuje. To nie było w porządku wobec Agnieszki - powiedział były tenisista Dawid Olejniczak. (sport.pl)

Również Wojciech Fibak wyraził wątpliwość wobec reakcji Wielkiej Mistrzyni.

Warto dodać, że znający doskonale córkę Robert Radwański również nie przesądza jeszcze o efektach współpracy silnej i stanowczej charakterem mentorki z świadomą siebie samej i kierującą samodzielnie sobą Agnieszką.

- Jeszcze jest za wcześnie na jakąkolwiek ocenę. Umówmy się, że gdyby Agnieszka w Australian Open doszła nawet do finału, to i tak nie byłoby w tym większej zasługi pani Navratilovej, po prostu za krótko jest przy Agnieszce. Podobnie gdyby Agnieszka przegrała w pierwszej rundzie, trudno by było ją za to obwiniać. (...) poczekajmy co najmniej do turniejów w Miami czy Indian Wells, wówczas minie kwartał i będziemy mogli oceniać pracę nowej trenerki.

Sama Aga już 7-8 lutego w FedCup w meczu Polski z Rosją zmierzy się w Krakowie z Marią Szarapową.

Tyle sekwencji wydarzeń. Co o tym wszystkim sądzić?

Pierwsza osobista uwaga. Nie lubię trenerów piłkarskich po przegranych meczach przed kamerami i mikrofonami jeżdżących po swoich piłkarzach, ich błędami  wybielających siebie samych, wolę typów w rodzaju Mourinho i Kloppa, którzy przecież po głowie sobie chodzić nie dadzą, a jednak na konferencjach przybierają inny ton niż w szatni, gdy trzeba gagatkom trafić do rozumu. Mam szacunek do osiągnięć, ale jakoś Martiny Navratilovej szczególną estymą nie darzę, wolałem Gaby Sabatini.

Sądzę również że Radwańska w meczu z Venus ewidentnie nie miała swojego dnia, uderzenie jej nie siedziało, pewność gry uleciała, walczyła z sobą samą, tak czasem bywa, niekoniecznie jest to „funkcja sportowa”,  biorytmy, wstała lewą nogą, zobaczyła że Dawid Celt obejrzał się za inną dziewczyną!? Diabli wiedzą co mogło być przyczyną!? Porażki rzecz jasna szkoda, ale większe rozczarowanie przeżyłem rok temu, gdy po wspaniałej grze z Azarenką, Isia nie była w stanie fizycznie przeciwstawić się Cibulkowej. Suma sumarum, teraz zatem jako kibic byłem wyrozumiały.

W obliczu tego co powyżej, jaką mam opinię na temat „zlinczowania” Agi przez Martinę? Yes, yes, yes! Trzy razy tak! Robert Radwański znający córkę doskonale przyznał: „Myślę, że chodzi o to, co jest w jej głowie. Wydaje mi się, że ten mecz był przegrany już w szatni, (...) zawiodła przede wszystkim głowa, nie wyszła z dobrym nastawieniem na ten mecz, więc skończyło się tak, jak się skończyło.” Według mnie celne spostrzeżenie i to samo dostrzegła również Navratilova. Owszem można mieć gorszy dzień, w którym nic nie wychodzi, ale mistrzynię musiało wkurzyć, że gdy Aga przełamała serwis Venus w pierwszym gemie trzeciego seta, gdy Stopa i Sakiewicz w komentarzu TV już „pisali epitafium” dla Wiliams, to zamiast „trzymać” Agnieszka odpuściła, a później w obliczu lepszej, silniejszej i bardziej zdecydowanej gry Amerykanki obraz z kortu powrócił do tego z pierwszego seta. To musiało Martinę wkurzyć, a że Aga nawiązać kontaktu z coachami nie próbowała, wzrokiem uciekała, zda się pogodzona z biegiem wydarzeń, to już mogło Navratilovą, walczaka nie z tej ziemi, z równowagi wyprowadzić. A to jeszcze nie wszystko.

Na konferencji prasowej Radwańska zachowała się fair wobec Venus, uznała jej wyższość, przyznała do własnych błędów, wszystko ok., ale też Aga na przybitą porażką nie wyglądała. Dosłownie ją zakończyła słowami:
- Rezultat w Australii nie jest wspaniały, ale muszę się z tym pogodzić. Wrócić na kort, potrenować. Zapomnieć i skupić się na kolejnych turniejach.

Mhm, rozpamiętywanie porażek może być błędem, ale szybkie przechodzenie nad nimi do porządku dziennego też może dobrze nie wróżyć. To nie pierwszy raz, gdy w konfrontacji z silnie uderzającymi przeciwniczkami, gdy uzyskują one stabilność swojej gry, nie popełniają zbyt wielu błędów, nie wyrzucają piłek za kort, Radwańska z takim stanem rzeczy wydaje się pogodzona, gdy przegrywa uznaje to za coś naturalnego, po prostu rywalka była lepsza, nie mogłam z nią wygrać, uderzała za mocno i celnie i tak jestem wśród topowych tenisistek zatem „muszę się z tym pogodzić”.

Głowa, głowa, głowa! Jeżeli Navratilova coś takiego dostrzegła i zdiagnozowała w podobny sposób, to jedyne co może zrobić to wstrząsnąć Radwańską, żeby wyrwać ją ze stanu w którym teoretycznie wszystko wydaje się być w porządku. Otóż chyba nie jest, jeżeli Aga szlema zamierza ustrzelić i niekoniecznie może tu chodzić o silniejszy drugi serwis i większą ilość winnerów, choć i jedno i drugie pewnie by się przydało. Potrzebne jest rozbicie tego stanu „samozadowolenia”, psychicznej równowagi, w którym Aga wydaje że się znajduje. Rozbicie, reset, a później tejże niezbędnej mentalnej równowagi  i pewności siebie zbudowanie na nowo, na już trochę innych warunkach, z oparciem na determinacji wejścia na sam wierzchołek.

Dzięki tacie, jego treningom, uporowi, poświęceniu Agnieszka dotarła do pierwszej 100, a następnie w okolice 10, najlepszych tenisistek świata. Gdy Robert Radwański jednak rugał córkę, beształ za błędy, wywierał presję, Isia potrafiła mu odpyskować na korcie, przy kamerach i mikrofonach i to nie przebierając w słowach, w stylu mało wyszukanym i godnym młodej damy, sportsmenki. Rodzicielski układ się wyczerpał, przy Tomku Wiktorowskim Agnieszka się usamodzielniła i uspokoiła, dzięki temu zadomowiła się na piątym, szóstym miejscu rankingowym WTA, dotarła do finału Wimbledonu, ale żeby być na samym topie, czegoś brakowało. Zgłoszenie się do Martiny Navratilovej świadczy, że ambicje nie zostały spełnione, szuka się recepty na jeszcze mały progres, którego potwierdzeniem byłby wielki sukces, triumf wielkoszlemowy. Uznana mistrzyni, do sprawy podeszła poważnie, nie jest „malowanym” konsultantem i takim być nie zamierza, widząc nastawienie Agnieszki zareagowała zgodnie z własnym charakterem, 18 krotnej indywidualnej zwyciężczyni turniejów wielkiego szlema, nie znoszącej porażek, nie godzącą się na nie, zawsze nieustępliwej, zdeterminowanej, nawet przy wygranych czasem z własnej gry niezadowolonej, dążącej do dominacji, wierzącej że może ją osiągnąć, potrafiąca własną wolą walki, nieustępliwością złamać przeciwniczkę. Ten „gen zwycięstwa” posiadały najlepsze z najlepszych, Justin Henin, Steffi Graf, Arantxa Sanches Vicario być może najmniej tenisowo uzdolniona, ale walcząca zawsze do upadłego. Jeśli Martina chce go zaszczepić Agnieszcze dotychczasowy mentalny, psychiczny „dobrostan”, wewnętrzne samozadowolenie i samouspokojenie musi rozbić i zburzyć. Byliśmy świadkami takiej próby.

Zderzenie było nieuchronne, musiało nastąpić i dobrze że ziściło się już na samym początku. Albo ten układ się rozwali, panie ze sobą współpracować nie będą potrafiły, Aga nie da się wpierw złamać, zresetować, a następnie odbudować, albo z tej mąki będzie chleb. Proces niełatwy, bez gwarancji sukcesu, rozbita, a niepoukładana mentalnie na nowo, Agnieszka na korcie może się również rozsypać. Jeśli będzie próbowała grać tenis do którego nie ma wewnętrznego przekonania, nic z tego nie będzie, gorzej posypią się porażki skutkujące spadkiem w rankingu. „Dobrostan” gwarantuje jej to co osiągnęła, przy zmianach, może zrobić kroczek do przodu, ale też i krok do tyłu i to nie jeden.

Padły zarzuty wobec Navratilowej dlaczego tak surowo potraktowała podopieczną publicznie w blasku kamer, ale Martina już wyjaśniła, że wcześniej rozmawiała też z Agnieszką w cztery oczy, reakcja być może nie była taka jakiej się spodziewała, wstrząs, „obudzenie” nie nastąpiło, stąd zapewne medialny postępek. Ile razy rodzic, lub nauczyciel, próbuje coś tłumaczyć, wbija do głowy, a widzi że „produkuje” się na darmo, nauka niby jest wysłuchiwana, ale po prawdzie idzie w las, „uczeń” niby przytakuje, zgadza się, ale i tak lepiej wie swoje. „Dotarcie do świadomości” być może powinno mieć wówczas charakter wstrząsu, nawet drastycznego, bez „medialnej poprawności”.

Martina Navratilova:
-Powiedziałam to głośno, ponieważ wiem, na ile więcej ją stać. Pewnie byłam dla Agnieszki zbyt surowa, ale to dlatego, że wiem, że ona może być dużo lepsza. Wygrała drugiego seta, mimo że nie prezentowała swojego najlepszego tenisa. Za pierwszego seta zasłużyła może na coś więcej niż na jedynkę, ale trzeci to już była jedynka.
- Jestem surowa, ale taka sama jestem w stosunku do samej siebie. Siebie też bym tak oceniła. Nie kwestionuję jej wysiłku, to jest poza dyskusją. Natomiast nie uznaję mówienia: "grałaś wspaniale", kiedy tak nie było, ale jestem pierwsza, która powie: "grałaś świetnie", kiedy tak było.
- Musicie pamiętać, że pochodzę z rodziny, w której gdy pewnego razu wygrałam Wimbledon, ojciec powiedział: "gratulacje za zwycięstwo, ale tak dobrze to ty wcale nie grałaś". Tak więc mam to w swoim DNA.
- Moje komentarze były szczere. Mecz był w jej rękach. Pozostało tylko odpowiednio się dostosować i grać tak, jak ona jest w stanie. Agnieszka nie czuła piłki, więc ani przez chwilę nie czuła się komfortowo, kiedy ją zagrywała. Owszem, takie dni się zdarzają. Kluczem jest to, żeby umieć to przezwyciężyć. Mam nadzieję, że następnym razem się uda.
- Ja też mam problem z krytyką, ale trzeba umieć ją przyjąć.
(eurosport.onet.pl)

Świetnie, nie ma przebacz, już wiadomo, że albo Martina z Agą się nie dogadają, zatem ich współpraca nie ma sensu, albo...

Jak w tym wszystkim odnalazła się Agnieszka Radwańska i jak zareagowała na słowa krytyki ze strony mentorki?

Dyskusja (11)
1niedziela, 01, luty 2015 11:45
Zbyszek
@Iocosus.
Tekst wysmakowany, wywód przeprowadzony logicznie, świetnie się czyta. Tylko czy tytuł nie za bardzo dramatyczny i patetyczny?Smile.
Ja zastanawiałem się od pewnego czasu jak długo jeszcze Agnieszka Radwańska będzie żyła w takim bezproblemowym , wyimaginowanym świecie, w którym każda porażka jest tuszowana i usprawiedliwiana?. Kto wreszcie potrafi rzec :"Król jest nagi" jak ze znanej baśni J.Ch.Andersena?.I stało się. Trzeba było, aby Isia doprosiła do sztabu osobę z innego świata kulturowego. Tylko tyle. Martina Navratilova nie potrafiła zrozumieć,że można nie wykorzystać swoich możliwości, nie dać z siebie wszystkiego, nie wykazać ambicji i powiedziała głośno to co powinno być dawno temu powiedziane.U nas mamy dwa kulty: jeden takiej aprobaty dla nieudacznictwa wyrażający się w powiedzeniu :"Polacy nic się nie stało" i drugi zazdrości i co najmniej niechęci dla tych, którym się udaje. Mamy taką słabość dla przegranych,że byśmy ich tulili do piersi, smoczek dawali do buzi i jeszcze głaskali po główce. Więc każde wymaganie , aby wygrywać spotyka się z odporem, że przecież osiągnęła i tak dużo i każdemu należałoby życzyć,aby był tak wysoko w klasyfikacji.Odmienna mentalność nakazuje, aby każdy wykorzystał swoje pięć minut na tym świecie jak może najlepiej, a opiekunowie są po to, aby mu w tym pomóc, a jak trzeba to przymusić.
Ja nie będę sięgał do dawniejszej historii,ale do okresu Radwańskiej w którym weszła ona do pierwszej piątki rankingu i tylko do turniejów Wielkiego Szlema i wymienię z pamięci zupełnie niezrozumiałe porażki, a właściwie widoczne, kiedy jak natrafiła na opór tej słabszej to oddawała pole.
W 2011 w US Open porażka z nieznaną Niemką Kleber. W 2012 roku w III rundzie French Open z wiekową Kużniecową, na Olimpiadzie w I rundzie z jakąś Julią Georges, w US Open w IV rundzie z Robertą Vinci.W 2013 roku w IV rundzie z Makarową, z którą przegrała po kolei 8 gemów do zera.W 2014 roku we French Open w III rundzie z Tomljanovicz, w Wimbledonie w IV rundzie z Makarową i w US Open w II rundzie z Lepczenko.
Nikt nie pisnął słowa dezaprobaty i dopiero teraz po porażce z Venus Williams rozpętała się burza.Martina uznała i słusznie,że Agnieszka miała obowiązek ten mecz wygrać. Nie mogła go przegrać na własne życzenie, nie mogła udawać,że gra, gdyż stała za napisem na korcie, jak by mogła to by za banerami z reklamami machała rakietką Smile.
Wypada jednak podzielić wątpliwości czy ten rodzaj terapii szokowej przyniesie pozytywny efekt, bowiem Navratilova nigdy nie była trenerką i trudno mieć do jej postępowania zaufanie. Miał bym takowe, gdyby miała ona warsztat, a tak to jest oparte wyłącznie na intuicji. Lecz w moim przekonaniu taki impuls był dla Agnieszki niezbędny. To może być taki ozdrowieńczy cios na wyprostowanie.
2niedziela, 01, luty 2015 17:31
a-c10
Uzupełniając wypowiedź Zbyszka, z którą w dużej mierze się zgadzam, od siebie dopiszę tyle, że jeśli takie środki argumentacyjne nie pomogą, to ja już nie wiem co ewentualnie by mogło. Może faktycznie jakiś słowny lincz, albo w ogóle siarczysty plaskacz?

Tytuł, owszem, przeszarżowany (nazbyt prowokacyjny?). Ja tam linczu nie dostrzegam. Nie widzę nawet - takie popularne słówko - hejtu. Ot, po prostu: Navratilova powiedziała otwarcie to, co każdy jako-tako rozgarnięty kibic tenisa jest w stanie dojrzeć, o ile tylko ściągnie różowe okulary. Nie od dziś niepokojąco często zdarzają się Radwańskiej mecze koncertowo przerżnięte nie z fenomenalnie grającą rywalką, a z samą sobą. Co gorsza, nasza tenisistka wydaje się mieć na to wyłożone. "Ot, przegrałam. Nic się nie stało." Ano stało się, dziewczyno. Jeśli tego nie zrozumiesz, do końca kariery pozostaniesz jedną z wielu przebijaczek piłki, której w wyjątkowo słabym tourze udało się na jakiś moment zagościć w czołówce. A stać cię na więcej. Tyle właśnie, i ani słowa ponad to, sugeruje Navratilova.

I brak doświadczenia szkoleniowego Martiny wydaje mi się tu bez znaczenia. To naprawdę nie jest jakiś siódmy krąg trenerskiego wtajemniczenia, tylko fakty widoczne gołym okiem. Dobrze by było, gdyby Agnieszka wreszcie je przyswoiła.
3niedziela, 01, luty 2015 18:02
Senator
Iocosus szacun, Ty to się znasz.
ja nie powinienem nic pisać ponieważ tenis fajna gra ale ja tylko widz, nawet nie kibic.
Obecnie jestem bezrobotny z powodu poważnej awarii warsztatu pracy, mogłem wiec w tv popatrzeć, transmisję w nocy to i oglądałem. Takie spostrzeżenie widza, szczególnie w tenisie damskim duże znaczenie ma serwis. Wyjdzie pierwszy jest 80% sukcesu czyli punktu, nie wyjdzie właściwie odwrotnie jeśli po drugiej stronie siatki stoi coś więcej niż pół tenisistki.
Trochę to nie fajne.
Co do Radwańskiej to nic odkrywczego, raczej potwierdzenie i znawcy Iocosusa i znawców komentatorów. Nasza tenisistka jest happy z tego co ma. Miejsce w pierwszej dziesiątce mocno, a właściwie bardzo mocno ją zadawala, przynajmniej tak to wygląda w moich oczach czyli tenisowego debila. Nie widać tej sportowej złości, chęci bycia tą naj naj. Mam nadzieję, że wyrażam się jasno. Mistrzowie dążą nie tylko do perfekcji ale i dominacji czyli muszę być najlepszy w oczywisty i niepodważalny sposób. U naszej tenisistki jakoś tej ambicji bycia tą jedyną nie dostrzegam. Mogę oczywiście bredzić choćby z tego powodu, że zbyt mało meczów oglądam.
4poniedziałek, 02, luty 2015 01:00
iocosus
Może i faktycznie, w tytule oprócz wykrzyknika i znaku zapytania słówko „zlinczowana” powinienem umieścić właśnie w cudzysłowie, ponieważ odwoływałem się do wypowiedzi Dawida Olejniczaka, którą przytoczyłem, a która na sportowych portalach była powielana. Uwagę w tym sensie uwzględniam.

Co do samej Agnieszki, jej nastawienia, sprawa dla mnie jest zniuansowana, o ile pewne kwestie są widoczne dla względnie rozgarniętego kibica tenisa pozbawionego różowych okularów, to jak temu zaradzić, już takie proste nie jest, a może wręcz to i mission impossible.
Gdy Robert Radwański z siłą rodzicielsko-trenerskiego autorytetu wywierał presję na córce, wytykał jej błędy, to mimo że zapewne diagnozował słusznie bo na tenisie i córce przecież się zna, to metodologia, którą stosował była przeciwstawna do zamierzonych efektów. Układ stał się niewydolny, a Agnieszka podjęła strategiczną i kluczową decyzję, według mnie pozytywną żeby wydostać się spod opieki ojca i rozpocząć współpracę z Tomaszem Wiktorowskim. Uspokoiła się wewnętrznie, stała się stabilna, pewniejsza siebie, efektem tego było zadomowienie się w pierwszej dziesiątce WTA. Tu refleksja następnego rodzaju, gdy były nastolatkami, to niektórzy lepszą tenisową przyszłość przewidywali dla młodszej z sióstr, bo grała mocniej, agresywniej i bardziej ryzykownie, czyli to co obecnie się od Agnieszki wymaga. Tylko okazało się, że to Aga jest na rankingowym topie, a Ula ustawicznie się do niego dobija i starsza osiągnęła taką pozycję właśnie dzięki swojemu stylowi gry, opanowaniu, charakterowi. Podważyć tego nie sposób, a skorygować, wytknąć wadę tak żeby została uświadomiona, „przerobiona” nie każdemu jest dane. Wspomnijmy jak krytykę od dziennikarzy przyjął Jerzyk, a przecież w duecie z nim to Aga jest „szefową”. Sądzę że jest wyłącznie kilka osób, w tenisowym światku, z autorytetem równym Navratilovej, które publicznie mogłyby równie bezwzględnie skrytykować tenis Agnieszki, a którym następnie tak jak Martinie odpisałaby – mam nadzieję, że będziemy razem pracować.

To jest pozytywne, ale jeszcze o niczym nie przesądza. Ostatnie spostrzeżenie, gdyby Agnieszce na progresie nie zależało zupełnie, wystarczyło to co ma, to do Navratilovej by się nie zgłosiła, sądzę że ten „coaching” filantropijny nie jest, choć i dla Martiny przyjęcie oferty to pewnie raczej kwestia sportowo-szkoleniowo-ambicjonalna aniżeli ekonomiczna.
Cóż między Martiną a Agą, ciepełka i nudy nie będzie, tego jednego można być w miarę pewnym.

@ Senator

Sparafrazuję pewne powiedzenie, ci co się znają, mają świadomość jak dużo nie wiedzą.
5poniedziałek, 02, luty 2015 14:45
a-c10
@ Iocosus:

Hmmm... To może ja z kolei przeszarżowałem swój komentarz. W żadnym wypadku nie zamierzam wieszać psów na A.R. Wręcz odwrotnie. Cieszy mnie jej organizacyjny postęp.

Wyjście spod skrzydeł taty uznaję za krok konieczny o godny wszelkiej pochwały. Kiedyś trzeba przeciąć pępowinę. Sam, choć kocham moje córki na zabój, nie wyobrażam sobie, abym mógł z którąkolwiek z nich utrzymywać kiedyś poważne relacje zawodowe. Nie wytrzymałbym ani ja, ani żadna z moich dziewczyn.

Wiktorowski z kolei jawi mi się jako krok pośredni. Próba określenia własnych oczekiwań w relacji z niezależnym coachem. No i Navratilova, która doświadczenia trenerskiego może nie posiada, ale na tenisie zęby zjadła i - w przeciwieństwie do Wiktorowskiego - ma duże szanse być czymś znacznie więcej, niż tylko manekinem w boksie Agnieszki. A poza tym, jak widać, w tańcu się, za przeproszeniem, nie piehdoli. Co tylko dobrze.

Dużym optymizmem napawa mnie reakcja Radwańskiej na słowa trenerki. Wygląda na to, że nasza tenisistka tego właśnie oczekiwała. A skoro tak, można się spodziewać, że z czasem porażek z samą sobą ponosić będzie coraz mniej. Trzymajmy za to kciuki.

Co do stylu: opanowanie na korcie, cierpliwość w grze - to wszystko nie musi przecież wykluczać woli zwyciężania. Nikt rozsądny przecież nie powinien oczekiwać, że tenisistka postury Isi będzie mordować wszystkie te babochłopy atomowym serwisem, czy rakietowym returnem i notować po pięćdziesiąt winnerów w każdym secie...
6poniedziałek, 02, luty 2015 20:01
Zbyszek
Panowie, sytuacja jest dynamiczna. Martina złagodziła swoje oceny, a tatuś / polecam wywiad w GW /zaostrzył.
Ja trochę prowokacyjnie/ stąd ten uśmiech sardoniczny/ zapytałem Iocosusa czy nie przeszarżował z tytułem. A przecież wielokrotnie dawałem głos wołając głośno i donośnie,że najprostsza zasada etyczna to nagradzanie za to co się robi i mówi dobrze i karanie za złe.
Opieram się tu na eseju, który stanowi kwintesencję etyki normatywnej i społecznej Księdza prof. Józefa Tischnera "Syndrom Piłata". Jak by nie patrzeć, ,każdy ma prawo krytykować jak kto upada ze swojej winy, ze swoich zaniechań, ze swojego wygodnictwa nie po to,aby go upodlić, ale po to, aby mu pomóc.
Trzeba oczywiście brać poprawkę na to,że to tylko, albo aż sport, a więc jakaś tam zabawa i wielkie słowa nie muszą tyczyć takich samych powodów ich użycia. Gdyż w sporcie tak naprawdę, mówić w skrócie, tylko jeden wygrywa. Reszta jest przegrana.Ale uczestniczy w imprezie, rozgrywkach , bo chce wygrać. Kiedyś wedle twórcy współczesnego Olimpizmu liczyło się samo uczestnictwo, ale czas, nie wiem czy na pewno dobrze, ten slogan zweryfikował.Aczkolwiek nie do końca. Bo obie siostry Radwańskie uczestniczą w tym wyścigu po trofea na swoich zasadach. One chcą zachować swoją kobiecość.Nie idą na wzrost siły. Wiedzą,że mają słaby serwis, zwłaszcza drugie podanie i zdają sobie sprawę,że bez powiększenia masy mięśniowej siły nie zwiększą.Nie czynią tego, aby nie wyglądać jak brojlery i nie deformować sylwetki. Aby to zobrazować to szybkości serwisu przykładowych tenisistek : Serena-pierwszy ok. 205 km/godz., drugi ok.185, Szarapowa-pierwszy ok.180, drugi ok.170, większość tenisistek w granicach 175-165 km, godz., Agnieszka ok.155 pierwszy, ok.140 km/godz. drugi.Pochodną siły jest szybkość zagrań, więc i tu od większości odstaje.Jej mocną stroną jest wspaniała technika, zagrywanie tam , gdzie rywalki nie ma, zmiana kierunku zagrań i wybieranie tych najtrudniejszych dla przeciwniczki.Wtedy wygrywa.Kiedy stoi na końcu kortu i gra na "przebitki' traci szanse.W jej wypadku nie trzeba fachowca, aby wiedzieć, kiedy dokłada starań,a kiedy nie, bo to widać.Tak było z Venus.
Tatuś dziś w wywiadzie dla GW ujawnił to co ludzie troszkę zbliżeni do tzw. środowiska wiedzieli od dawna / podobnie jak wiele wiedzą o lenistwie Jerzyka/ ,że dla Agnieszki i jej obecnego otoczenia liczy się wyłącznie kasa. Brak tam ambicji i aspiracji sportowych. Agnieszka otoczyła się ludżmi, których kupiła i jak zauważa Pan Radwański ,merdają ogonkami i chodzą przy niej na paluszkach. To nie ona słucha sztabu szkoleniowego, to oni jej słuchają. Np. nie ma mowy o wypoczynku czy regeneracji sił, bo tańcuje do białego rana.A Pani Navratilova nie została zatrudniona przez jej agentów do trenowania Agnieszki/ bo o tym pojęcie ma blade/, ale po to, aby wykorzystać powiązania biznesowe i znajomości w tych kręgach Martiny w celu znalezienia kolejnego bogatego sponsora dla Isi.Zgodnie z zasadą: mniej i gorzej trenujemy i gramy, za to lepiej zarabiamy.
Ja tego podejścia kobieco- zaradnego nie potępiam. Mnie tylko trochę żal, bo Agnieszka to talent nad talenty. I pewno jej się wydaje,że jeszcze ma czas, że jeszcze zdąży. Może jej się nie udać. Nie zapomnę finału Mastres / wtedy to był naprawdę finał Mistrzów/ z 1976 roku w Houston, w którym Fibak prowadził 2:1 w setach i w czwartym 4:1 w gemach z Orantesem i odpuścił, uznając,że ma jeszcze czas, bo ma dopiero 24 lata. Po latach nie mógł sobie tego darować.
Czy Agnieszka jeszcze coś wielkiego w tenisie osiągnie, tego nie wiemy, ale marnuje swoje życiowe pięć minut.Powtarzam. Dobrze,że ktoś jej nie kadzi, tylko ją chce obudzić do czynu.
7wtorek, 03, luty 2015 10:30
a-c10
@ Zbyszek:

Jest ten wywiad gdzieś w sieci? Nie mogę znaleźć.
8wtorek, 03, luty 2015 11:01
iocosus
http://wyborcza.pl/1,75248,17344630,Robert_Radwanski__U_Agnieszki_nie_widac_postepow.html

Odniosę się później.
9środa, 04, luty 2015 00:35
iocosus
Na początek zastrzeżenie, bez opieki i wyszkolenia taty i trenera w jednej osobie, czyli bez Roberta Radwańskiego tenisistki zawodowej Agnieszki Radwańskiej by nie było, w jej tenisowej drodze nikt nie ma takiego udziału jak jej ojciec, to trzeba wyraźnie stwierdzić i dla mnie ta kwestia nie podlega dyskusji.

Natomiast chcąc się odnieść do słów i tez Roberta Radwańskiego z wywiadu dla Wyborczej należy wpierw jedną kwestię, która tam padła nieco sprostować.

Robert Radwański: „Przypominam tylko, że od dwóch lat nie mam sportowego kontaktu z Agnieszką…. 2012 rok, kiedy jeszcze z nimi trenowałem, był dla nich najlepszy. Tyle że w styczniu 2013 odszedłem,.(…) Jej sztab ma brylant, a nie zrobił kroku w przód.”

Agnieszka Radwańska rozstała się z tatą jako swoim coachem obecnym na korcie podczas turniejów w 2011 roku. W prasie tak to komentowano: „To była chyba najbardziej efektowna metamorfoza tego roku w światowym sporcie. Agnieszka Radwańska (22 l.) po serii średnich wyników, w sierpniu podziękowała za współpracę ojcu Robertowi Radwańskiemu (49 l.) i poprosiła o pomoc Tomasza Wiktorowskiego (30 l.). Jej bilans od tego czasu wynosi 22 zwycięstwa, 3 porażki i trzy wygrane turnieje! Tomasz Wiktorowski towarzyszył Agnieszce najpierw w czasie serii turniejów w Ameryce Północnej, a później w Azji. To były najlepsze dwa miesiące w całej karierze Agnieszki Radwańskiej, zarobiła w tym czasie blisko półtora miliona dolarów.” W następnym roku było zwycięstwo w Miami z Szarapową, finał Wimbledonu z Wiliams, poźniej półfinały ponownie Wimbledonu i AO. Podczas bezpośredniej współpracy podczas turniejów Aga wygrała 4 z nich pod opieką ojca, a 10 korzystając już z usług trenerskich Tomasza Wiktorowskiego.

To są fakty, być może Robert Radwański ma rację twierdząc, że „Aga utrzymuje się w pierwszej dyszce, bo ma genialną rękę. Gdyby na turnieje jeździła ze świętej pamięci dziadziem, grałaby tak samo.”- być może, ale należy powątpiewać że Agnieszka doszłaby w ogóle do tych zaprzepaszczonych szans, które jej tata wymienia, gdyby pozostawała pod opieką ojca. W 2007 i 2008 wygrała wspomniane 4 turnieje WTA, żeby w 2009 i 2010 zaliczyć tylko po jednym przegranym turniejowym finale. Zatrzymanie w rozwoju było ewidentne, jak negatywnie wpływał w tym okresie na córkę tato, świadczy „cud” dokonany po zmianie trenera w 2011 roku. Fakt Radwański był obecny przy okresie przygotowawczym, który Aga spędzała w Krakowie, ale jeździł na turnieje, trenował i pozostawał coachem od sierpnia 2011 aż do dziś Tomasz Wiktorowski.

Przez Radwańskiego seniora przemawia gorycz „porzucenia” przez córkę, niestety ewidentnie to widać w udzielanych wywiadach. Szkoda, bo w tym też pryzmacie prezentuje się krytyka Wiktorowskiego.

Robert Radwański: „Mówię to od dwóch lat: musi przyjść profesjonalny trener z WTA lub ATP. Tym bardziej że Agnieszkę na to stać.” – dlaczego troskliwy papa na pomysł „profesjonalnego trenera z WTA lub ATP” nie wpadł w 2010 lub do połowy 2011 roku, gdy Agnieszka „stanęła”, zatrzymała się w rankingu. Jaki faktycznie był jego wpływ na córkę do stycznia 2013, skoro musiał zaakceptować niecenionego Tomasza Wiktorowskiego jako jego następcę?

„Tam, gdzie dużo pieniędzy, różni ludzie się pojawiają, ale nie chcę tego rozwijać.” – może i słusznie, ponieważ gentelmani o pieniądzach nie rozmawiają, zatem może lepiej nie dopytywać Roberta Radwańskiego dlaczego za jego czasów nad córkami swojego parasola nie rozwinęła żadna agencja menedżerska choćby w rodzaju Lagardere.

„Może w jej ekipie panuje minimalizm? (…) moje córki to silne osobowości, ale są przyzwyczajone, że ludzie wokół merdają ogonem. Może pasował im ten układ?” – nie sposób wyciągać wnioski ze słów Roberta Radwańskiego, nie odwołując się do drugiej strony, czyli krytykowanego Tomasza Wiktorowskiego, który przegraną w ubiegłorocznym Wimbledonie choćby tak skwitował:

„- Słowem kluczowym w tym wypadku jest, że coś się załamało, bo nie było powodu, by tak się stało. Do stanu 3:3 był to dobry mecz, na wysokim poziomie. Tylko że spotkanie trwa co najmniej dwa sety. A Agnieszka od tego momentu, gdy straciła szansę na "breaka" (w szóstym gemie, przyp. red.) przestała grać. Z mojej perspektywy i telewizora chyba również wyglądało, jakby przestała grać i nie próbowała wrócić. To jest niepokojące.”

brzmi jakby znajomo, dalej również gdy odniósł się też do słów swojej podopiecznej, która podczas konferencji prasowej przyznała, że nie miała pomysłu, jak przeciwstawić się Makarowej.

- Jeden pomysł jest uniwersalny w takich momentach – walczyć o każdą piłkę. To jest zawsze najlepsze i jedyne rozwiązanie. Ona o tym wie. Wtedy mogą pojawić się inne pomysły, jak wygrać taki mecz z dziewczyną dobrze dysponowaną, jak dziś Rosjanka
-Może przytrafić się wpadka, bo jest się tylko człowiekiem. Ale po pierwsze nie powinno się raczej to zdarzyć tu, na Wimbledonie, a po drugie nie dwa razy z rzędu. Agnieszka jest zbyt doświadczoną zawodniczką, żeby taki błąd popełnić po raz drugi, a w zasadzie scenariusz tego meczu wyglądał identycznie jak ten z Nowego Jorku (w 1/8 finału US Open Makarowa wygrała 6:4, 6:4)”

Przyznał, że ostatnie tygodnie nie napawają optymizmem.
„- Zdarzało się gorzej i lepiej. Jednak na tę chwilę, ze statusem, jaki ma i z celami, jakie mamy obrane, to nie był to dobry występ. Trzeba to sobie powiedzieć prosto w oczy”

Odniósł się także do opinii, że jego podopiecznej brakuje "instynktu zabójcy" i nie potrafi rozstrzygać na swoją korzyść decydujących akcji w ważnych spotkaniach.
„- Jest takie zagrożenie. Jeśli tak jest, to nigdy nie będzie się wielkim zawodnikiem. Taki status mają Serena Williams, Maria Szarapowa. Agnieszka aspiruje do tego. Ma jeszcze chwilę czasu, ale on się kurczy. Wielkich szlemów, które może zagrać na super poziomie zostało jej ze trzy lata. Wiele fantastycznych meczów jednak wygrała, a wtedy się cieszymy i nie osądzamy. Może prawda leży pośrodku… Na pewno za często przytrafiają się takie porażki jak ta w trzeciej rundzie tegorocznego Roland Garros czy w półfinale Australian Open.”

Źródło: http://eurosport.onet.pl/tenis/wimbledon/tomasz-wiktorowski-skrytykowal-agnieszke-radwanska/2x5ft

Nie jest zatem tak, że Wiktorowskiego nie było stać nawet na publiczne skrytykowanie podopiecznej, choć na coś takiego jak Navratilova sobie już nie pozwolił.

Robert Radwański w krytyce jest nieprzejednany: „- Jak coś jest źle, to najlepiej odwołać się do sfery mentalnej. Proszę przestudiować jego wypowiedzi. On jest geniuszem, a Agnieszka przegrywa przez mentalność albo trening siłowy. Jak jest taka słaba, to niech weźmie inną zawodniczkę. Pan Wiktorowski dostał brylant, którego sam wyhodowałem, a twierdzi, że na porażki mają wpływ sprawy z nim niezwiązane?”

Owszem Radwański brylant wyhodował, ale tego ostatecznego szlifu dokonać nie potrafił ponieważ właśnie w kwestiach mentalnych okazał się ignorantem, który być może i charakter córki doskonale znał i zna, ale współpracować z nią i odpowiednio stymulować za cholerę nie potrafił.

Jeszcze raz przywołanie dezawuowanego młodego szkoleniowca:

W "Gazecie Wyborczej" powiedział Pan, że wybór padł na nią, (Navratilovą) bo innego konsultanta Agnieszka Radwańska by "zjadła". Mija trzeci pełny sezon, odkąd jest Pan trenerem Agnieszki, i wciąż ma się Pan dobrze. No więc, jak nie dać się zjeść Agnieszce Radwańskiej?
Tomasz Wiktorowski: Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Na pewno nie da się udawać. Można udawać przez miesiąc czy dwa, ale jeżeli styl pracy i styl bycia obojga nie współgra, rzadko kiedy wyjdzie z tego coś dobrego. To praca siedem dni w tygodniu czasami po 14 godzin na dobę. Często już od śniadania, aż do wieczora, cały czas jesteśmy ze sobą. Jest mnóstwo treningów, meczów, rozmów o tenisie i czasami nie o tenisie. Jest też bardzo dużo sytuacji trudnych. Trzeba umieć sobie radzić i ze zwycięstwem, i z porażką. Tak więc, jeżeli nie ma tego dopasowania, to na dłuższą metę nic z tego nie wyjdzie.
Jeśli chodzi o charakter współpracy, to każdy zawodnik jest inny. Jeden potrzebuje kogoś miękkiego, kto dużo mówi, dużo się uśmiecha i wszystko robi bardzo delikatnie, a drugi trochę twardszej ręki, silniejszego charakteru, którego nie da się stłamsić w pierwszym tygodniu współpracy.

Jak rozumiem, Pan nie jest miękki?
- To zależy, jak to rozumieć. Uważam, że musi być zachowana odpowiednia proporcja między tym, co trzeba zrobić, co można zrobić, a co można sobie odpuścić.(…)

- Nigdy nie było sielanki i nigdy nie było walki na noże. Musi być umiar. Od starożytności wszyscy poszukiwali złotego środka i tak to powinno wyglądać. Oczywiście były sytuacje sporne, trudniejsze, takie, w których dochodziło do ostrzejszej wymiany zdań, ale to nieuniknione w tej pracy i nieuniknione, jeżeli przebywa się tyle czasu ze sobą.
Jeżeli tylko byśmy się uśmiechali, to nigdzie byśmy nie doszli. Myślę, że ta proporcja jest dobrze zachowana. Zdarza się, że Agnieszka ma taki dzień, że trzeba coś więcej, niż tylko ją motywować, czasami i ostrzej zareagować, ale ona to rozumie. W większości nerwowych sytuacji wystarczy sama rozmowa. To takich sytuacji jest więcej, niż gdy decybele na korcie rosną.(…)

- Czasami było wręcz ostrzej, jak były wyniki, ale Agnieszka czegoś nie realizowała, niż wtedy, kiedy nie było wyników. Nie chodzi o to, żeby funkcjonować na zasadzie, że jeśli jest wygrana, to jest dobrze, a jeśli przegrana, to klęska. To się mówi w tej chwili o polskich skoczkach czy Justynie Kowalczyk. Jak widzę tytuły "klęska Justyny" czy "klęska skoczków", to nawet nie czytam artykułu, bo flaki mi się przewracają. Ludzie, którzy tyle osiągnęli w sporcie, po jednym czy po dwóch nieudanych występach są sprowadzani do poziomu klęski, bo ktoś nie zna znaczenia słowa klęska albo po prostu jest na tyle tępy, że nie ma w sobie empatii i wiedzy na temat sportu.

- Struktura współpracy jest skomplikowana. Muszę mówić Agnieszce, co ma robić, rozliczać z wszystkich kwestii, pilnować, żeby robiła to, co ma, na korcie, poza kortem, co ma jeść, jakich suplementów użyć. To wszystko spoczywa na mnie. Paradoks w tym sporcie jest taki, że jak to się mówi w świecie trenerskim: at the end of the day she is my boss (w końcowym rozrachunku to ona jest moim szefem). U nas nie ma tego problemu, ponieważ funkcjonujemy na tyle dobrze i na tyle się znamy, że wiemy, kiedy są moje decyzje, a kiedy są jej decyzje. Trudno wyważyć, kiedy te proporcje, w którą stronę są przesunięte. Na pewno w momencie, kiedy mówimy o czystym treningu, to proporcje są przesunięte, i to znacznie, w moją stronę. Ale im dalej jesteśmy od kortu, tym mniej będzie moich decyzji. Każdy, komu wydaje się, że w sporcie indywidualnym można pracować autorytarnie i nie zwracać uwagi na to, co myśli i czuje osoba, z którą się pracuje, jest po prostu w błędzie. Te wszystkie radykalne zdania typu "ja to bym kopnął w d... i więcej bym się nie zastanawiał" wypowiadają ludzie, którzy nie mają pojęcia ani o współpracy z drugim człowiekiem, ani o wyczynowym sporcie.”

Według mnie trzydziestolatek sprawia dużo dojrzalsze wrażenie w zestawieniu z pięćdziesięcioletnim rozgoryczonym tatą. Nawet sugestia że bardziej zależy na pomocy Navratilovej w kontaktach ze sponsorami ponieważ zna układy i może coś intratnego uda się podpisać? - raczej nie wytrzymuje konfrontacji z założeniami które przedstawił Tomasz Wiktorowski:

Pytanie: Odwołujecie się do przypadku Ivana Lendla, który pracował z Murrayem, z tym że on był przy Andym praktycznie bez przerwy. Jak to będzie z Martiną i Agnieszką?
Odpowiedź: - Bardzo podobnie. Jeśli już, to będą ze sobą spędzały niewiele mniej czasu, ale na pewno więcej niż Goran Ivanisević, który jest przy Marinie Ciliciu. Umówiliśmy się na razie na 14 tygodni, do Wimbledonu. W okolicach "trawy" usiądziemy i podsumujemy to, co się wydarzyło. I będziemy jechać dalej. Jeżeli do końca roku wyjdzie 21 tygodni, to jest to niewiele mniej niż połowa roku, a to chyba niemało.

http://eurosport.onet.pl/tenis/wta/tomasz-wiktorowski-o-radwanskiej-miedzy-nami-nigdy-nie-bylo-sielanki/28f8h

Co szwankuje u Agi zda się wiedzą wszyscy: papa Robert Radwański, trener Tomasz Wiktorowski, dziennikarze, my kibice, kwestia nie co „naprawić”, ale „jak”? Może Navratilowej się uda!
10środa, 04, luty 2015 17:43
Zbyszek
@Iocosus.
Pora na resume.Ja nie lubię uprawiać łopatologii,ale jak mus to mus.
Są dwie perspektywy oglądu tej rzeczywistości : jedna kibica i druga ludzka.Ja jestem kibicem starszej daty i dla mnie sport to dążenie do zwycięstwa przy szanowaniu przeciwnika.Wiem,że wygrywa tylko jeden, jedna. Ale to nie zwalnia od dawania z siebie wszystkiego.I tu niewątpliwie Agnieszka często oszczędnie gospodaruje siłami.
Tyle,że to jest inteligentna kobieta i wybrała swoją drogę.Ma pełną świadomość,że jej wygrana w turnieju Wielkiego Szlema jest możliwa przy niebywale korzystnym zbiegu okoliczności.Wie,że z zawodniczkami dysponującymi prawie męską siłą i dużymi umiejętnościami jak Serena, Szarapova, Azarenka, Halep ma niewielkie szanse.Oczywiście może jak np. Wozniacki wejść na drogę powiększenia masy i siły.Ale nie ma pewności,że taki postępek na pewno przyniesie progres i da lepsze wyniki.Jeżeli nie to deformacja sylwetki pozostanie, bez efektów sportowych, lecz z estetycznymi a rebus jak najbardziej Smile.I ona tego się obawia. Więc postępuje tak, aby być wysoko w klasyfikacji ATP i być rozstawioną i to jej się udaje.U kobiet na czele są dwie grupy , pierwsze cztery, przerwa, następne cztery z Radwańską na ósmym miejscu i znowu duża przerwa, gdyż następna Makarowa ma do niej ponad 1000 pkt straty.Przy jej umiejętnościach może na takim w sumie wysokim poziomie grać jeszcze z 10 lat.
Dlatego jako kibic chciałbym ,chociaż, doznawać mniej zawodów, ale jako człowiek ja ją rozumiem.
11piątek, 06, luty 2015 12:20
a-c10
Wywiad z panem R.R. jak to wywiad z panem R.R. Jego słowa zwyczajowo aż ociekają rozgoryczeniem. Nie wiem i nie chcę wyrokować (bo i niby na jakiej podstawie?) czy jest to rozgoryczenie ojca głęboko wierzącego, że to właśnie on - i tylko on! - wie, co dla córki najlepsze; czy też może chodzi o złość faceta, któremu uciekła złotonośna kurka. Zresztą, cholera wie, może jedno miesza się z drugim.

To tak naprawdę nieistotne. Każde rozgoryczenie, bez względu na swe źródło, jest złym doradcą. I tak sobie myślę, że z jednej strony cześć i chwała panu Robertowi, że taką nam wspaniałą tenisistkę wychował. Z drugiej, o ile nie zamierza zmieniać swego nastawienia (a nic na to nie wskazuje), lepiej by było, gdyby w sensie zawodowym trzymał się od niej z daleka.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1