- Kategoria: Trybuna komentatorów
- gawin76
Kibicowski element układanki
Piłka nożna bez kibiców nie ma sensu - nad prawdziwością tej tezy nie ma potrzeby się rozwodzić. Kibic z biernego obserwatora sportowych zmagań już dawno przekształcił się w coś więcej - w dwunastego zawodnika, w klienta, w 'target', w ważną pozycję ujętą w budżetach firm obracających milionami euro. Legia nie jest wyjątkiem.
Dariusz Mioduski nie notuje takiego medialnego 'wejścia smoka', jakie ponad rok temu stało się udziałem Bogusława Leśnodorskiego. Wypowiedzi większościowego właściciela Legii są spokojne, przemyślane, nie przeznaczone dla łowców sensacji i miłośników agresywnej retoryki.
W wywiadzie opublikowanym w 'Gazecie Stołecznej' i na stronach warszawa.sport.pl Dariusz Mioduski w pewnym momencie pozwala sobie jednak na wygłoszenie stwierdzenia z gatunku tych 'prosto z mostu':
"Jeżeli są wśród nas tacy, którzy nie mają problemu z tym, że szkodzą klubowi, niech nie nazywają siebie kibicami."
Niby oczywistość, bo cóż to za kibic, który bez cienia samoświadomości, autorefleksji, a może wręcz z pełną premedytacją i celowo, w imię dążenia do realizacji wydumanych ideałów kibicowskiej wolności, naraża swój klub na kary finansowe, na konieczność rozgrywania meczów przy pustych trybunach, na wykluczenie z europejskich rozgrywek. Przedmiotowa kwestia, o czym doskonale wiemy, nie jest jednak aż tak klarowna i jednoznaczna. Zarówno kibice, jak i klub, zmuszeni są do poruszania się w warunkach, w których stawiane są im wymagania niekiedy niemożliwe do pełnego zrealizowania, a każde, nawet drobne naruszenie może spotkać się konsekwencjami o niebagatelnym znaczeniu. Tym większa, rzecz jasna, nasza wspólna odpowiedzialność.
Kwestia czynnika kibicowskiego nabiera dodatkowego znaczenia, kiedy uświadomimy sobie, do czego zdają się dążyć nowi właściciele naszego klubu. W cytowanym wywiadzie Dariusz Mioduski z jednej strony odrzuca tezę, jakoby zainwestował w Legię dla pieniędzy: "Najmniej istotny jest dla mnie aspekt biznesowy, bo nie traktuję legijnego projektu w kategoriach zarobku". Z drugiej jednak strony padają z ust Mioduskiego następujące słowa: "Media relacjonowały po przejęciu Legii, że nie chcemy na niej zarabiać, ale gdyby ktoś rzeczywiście wsłuchał się w moje słowa, wywnioskowałby, że my właśnie liczymy na zarobek, ale poprzez wzrost wartości klubu. Legia musi zarabiać, bo musi być zarządzana jak normalne przedsiębiorstwo. Jej budżet ma rosnąć, pieniędzy ma być jak najwięcej."
Kiedy dyskutowany jest wpływ czynnika kibicowskiego na legijny budżet, zwykle pierwszym skojarzeniem są race, których odpalanie UEFA karze finansowo. W tym przypadku problemem Legii jest permanentna recydywa, na skutek której jesteśmy na wysokich poziomach taryfikatora, nawet jeżeli wykroczenie faktycznie nie wydaje się przybierać takiej skali, jak obserwowana na wielu innych europejskich boiskach. Nie umniejszając wagi kar finansowych, należy jednak mieć na uwadze, że potencjalnie znacznie większym zagrożeniem są kary zamknięcia obiektu, narażające Legię na utratę części przychodu z dnia meczowego i uderzające w wizerunek klubu budowany na potrzeby pozyskania klientów komercyjnych. Prawdziwą katastrofą byłoby wykluczenie Legii z europejskich pucharów, za jednym zamachem zamykające drogę do pieniędzy, jakie UEFA płaci uczestnikom rozgrywek, obniżające sezonowy przychód z dnia meczowego i utrudniające pokazanie Europie piłkarzy, których być może zamierzaliśmy korzystnie sprzedać. Nikomu nie wolno zapomnieć, że wciąż jesteśmy oddaleni tylko o jedną, może dwie 'skuchy' od wykluczenia z europejskich rozgrywek na mocy artykułu 14. zwalczającego przejawy rasizmu.
Wcielenie w Warszawie przywoływanego przez Dariusza Mioduskiego modelu niemieckiego, w którym kluby są niezależnymi finansowo przedsiębiorstwami, które nie muszą opierać się na finansowaniu z kieszeni właściciela, nie ma żadnych szans powodzenia w dłuższej perspektywie, jeżeli kibice nie będą grać ze swoim klubem do jednej bramki.
Czy w naszej kibicowskiej społeczności, w znacznej mierze wychowanej na syndromie oblężonej twierdzy, w której kibica dotyka permanentna, wroga opresja ze strony policji, organów administracji, stadionowej ochrony, a jedyną wartością, przy której warto trwać, jest bezkrytyczna lojalność wobec wyznających te same wartości braci po szalu, można trwale zaszczepić przeświadczenie, że kibic i klub potrzebują siebie nawzajem i uzupełniają? Czy da się pobudzić nawyk kupowania biletów, karnetów, klubowych pamiątek, czy jednocześnie uda się powstrzymać kibiców przed folgowaniem swoim starym przyzwyczajeniom, zwłaszcza w sytuacji, w której jesienny 'dialog' pomiędzy prezesem Legii Bogusławem Leśnodorskim, a wojewodą mazowieckim Jackiem Kozłowskim, przybrał otwarcie wrogi charakter?
Dariusz Mioduski niechętnie mówi o problemach, woli eksponować szanse, nadzieje, perspektywy. Cieszy mnie, że wierzy w dialog z kibicami, że podkreśla ich rolę w budowaniu atmosfery piłkarskiego widowiska. Ale problemy i zagrożenia nie zniknęły. Nikt nie powinien stracić czujności. Jeżeli chcemy być istotną częścią 'projektu Legia', także my, na trybunach.


"Jeżeli są wśród nas tacy, którzy nie mają problemu z tym, że szkodzą klubowi, niech nie nazywają siebie kibicami."
jeśli zgadza się także innym stwierdzeniem Mioduskiego a mianowicie
Są natomiast pewne granice, których przekraczać nie wolno. Jestem absolutnym przeciwnikiem przemocy, wulgaryzmu i chamstwa. To dla mnie nieakceptowalne.
to nie bardzo rozumiem całego wywodu dotyczącego wspierania klubu przez kibiców a także stwierdzeń typu
w naszej kibicowskiej społeczności, w znacznej mierze wychowanej na syndromie oblężonej twierdzy, w której kibica dotyka permanentna, wroga opresja ze strony policji, organów administracji, stadionowej ochrony
Jakoś mam takie wewnętrzne przeświadczenie graniczące z pewnością że właśnie kibice Legii (w "Mioduskim rozumieniu zagadnienia") nie są żadnym problemem, żadną przeszkodą i stanowią o sile tego klubu. Mam także inny problem. Z właściwym zrozumieniem, co autor ma na myśli mówiąc że Mioduski wierzy w dialog z kibicami. Bo według moich kryteriów a także jak widzę w kryteriach zastosowanych przez Mioduskiego, to tak po prawdzie z kibicami nie jest potrzebny żaden dialog bowiem obie strony póki co maja wspólny cel. Problem polega na tym co zrobić z tymi którzy pod powyższą definicję kibica niestety się nie łapią i być może nigdy się do tego nawet nie zbliżą.
Tutaj wracają moje rozterki związane z sytuacją na przełomie ubiegłego roku. Jaki kierunek jest słuszny. Jak daleko należy w pewnych sytuacjach ustępować. Skoro przy proteście na stadion przychodziło 15 tys ludzi (nawet jeśli weźmiemy pod uwagę te 3-4 tys dzieciaków z zaproszeniami)a teraz także przychodzi podobna ilość to pojawia się pytanie czy jednak wtedy nie bylismy bliżej rozwiązania się problemu samoistnie i w jakim punkcie znajdujemy się teraz, ciągle oglądając się do tyłu. Tutaj wchodzimy w obszar gdybologii bowiem niezmiernie interesująca jest odpowiedź na pytanie, co by się działo na wiosnę na trybunach przy Łazienkowskiej gdyby dalej część "kibiców" była zwrócona tyłem do klubu. Co by się działo przy Łazienkowsiej, gdyby Legia w tych warunkach zdobyła mistrzostwo Polski, gdyby z każdym meczem rosła ilość kibiców na trybunach, gdyby wielu kibiców wiernych temu klubowi bez względu na to kto zasiada w loży właścicielskiej nie poczuło się traktowanych gorzej niż ci źli, co by było gdyby klub swego czasu ostro reagował na wypowiedzi piłkarzy, którzy pomimo np 15 tys ludzi na trybunach śmieli stwierdzić że "w tych warunkach to nie da się grać", co by było gdyby promować zachowanie Wawrzyniaka po meczu wskazującego na ludzi obecnych na trybunach i bijącemu im brawo. W jakim punkcie bylibysmy obecnie? Może chociaż trochę poznalibyśmy odpowiedź na pytanie co tak na prawdę przyciąga ludzi na trybuny a co ich odstrasza, co powoduje że pomimo 250 tys wydanych kart kibica na stadion nie przychodzi regularnie nawet 10%? Czy jest to poziom sportowy czy jednak inne czynniki maja na to wpływ i to dość istotny? Jaki wpływ na obecność na trybunach ma poruszany już tutaj "Komfort oglądania meczu"? Pytania w dalszym ciągu bez jednoznacznej odpowiedzi ...
Fragment o dialogu nie jest moim wymysłem, lecz pochodzi z cytowanego wywiadu:
"Tym bardziej mam nadzieję, że kibice zrozumieją wreszcie, jak bardzo takie kary bolą i jakie mają konsekwencje. Nie możemy sobie na nie pozwolić (...) Wszystko jest kwestią dialogu. Normalni ludzie, choć zawsze znajdą się wyjątki, niezależnie od tego, gdzie siedzą na stadionie, jeżeli tylko identyfikują się z klubem, są w stanie to zrozumieć.").
Idąc Wallesie Twoim tokiem rozumowania, istotnie, Mioduski przeczy sam sobie, a ja wraz z nim. Tylko po co w ogóle mówiłby takie słowa (i jeszcze wcześniej, o zrozumieniu, że kibicowanie niesie ze sobą odpowiedzialność), skoro kibic przecież nie musi tego rozumieć, a nie-kibic i tak tego nie zrozumie.
Ja to odbieram zupełnie inaczej. Na trybunach naszego stadionu jest wielu kibiców (tak - kibiców), którzy z różnych względów niestety nie mają świadomości istnienia tej odpowiedzialności, o której tu mowa. Do nich trzeba dotrzeć. Pytanie - jak najszybciej i najskuteczniej?
Nie o takie wypełnianie obowiązków chodzi Mioduskiemu to pewne. Czy i kiedy możni trybun zamiast wybrać powieszenie hasła typu "pozdrowienia do wiezienia" wybiorą rezygnację z takiej formy wsparcia kolegów zza krat bo zdadzą sobie sprawę, że to słaba reklama klubu, trybun i ogólnie działanie szkodliwe tego nie wiem.
Jeśli miałbym dziś prorokować i gdybać to czarno to widzę,zmiany niby następują, niby normalniejemy, a jednak dla mnie cały czas wyraźnie ( nawet za) widać ,że wszystko opiera się nie na miłości do klubu tej bezwarunkowej, czystej ,a na obowiązkach wynikających z ideologii ruchu kibicowskiego. Czyli jedno hasło, jeden apel ze strony możnych trybun, jeden niewłaściwy ruch ze strony Mioduskiego i może być bryndza.
Te osoby które Ty nazywasz jeszcze kibicami a nie mieszczą się one w ścisłej definicji Mioduskiego i mojej są także uwzględniani zarówno przez niego jak i przeze mnie. U Mioduskiego sa to
Tym bardziej mam nadzieję, że kibice zrozumieją wreszcie, jak bardzo takie kary bolą i jakie mają konsekwencje. Nie możemy sobie na nie pozwolić (...) Wszystko jest kwestią dialogu. Normalni ludzie, choć zawsze znajdą się wyjątki, niezależnie od tego, gdzie siedzą na stadionie, jeżeli tylko identyfikują się z klubem, są w stanie to zrozumieć.
a u mnie
Problem polega na tym co zrobić z tymi którzy pod powyższą definicję kibica niestety się nie łapią i być może nigdy się do tego nawet nie zbliżą
Czyli także nie neguję tego że mogą być tacy którzy pod powyższą definicję kibica się nie łapią ale jednak jest duża szansa na to że jednak się do niej zbliżą. Problem głównie polega na tym że z tymi "możliwymi do ocalenia" raczej nie prowadzi się dialogu bowiem oni są, jak to ktoś kiedyś obrazowo określił, tymi owieczkami prowadzonymi na rzeź przez swojego wodza. I trudno z nimi prowadzić dialog skoro oni nie uczestniczą w rozmowach. A moje zastrzeżenia dotyczą tego że wodzowie będą mieli pewien kłopot w tym aby ukierunkować swoich "podwładnych" na inny tok myślenia. Że to nie wodzowie są ważni i to co wodzowie mówią tylko klub. Tutaj widzę zbyt dużą rozbieżność. Konieczne byłoby odejście od pewnych zasad obowiązujących w ruchu a właściwie całkowite jego przeobrażenie. A tego to nawet Senator popierający Ciebie jakoś w swoim wywodzie nie widzi
Ująłeś mnie podwójnie za serce. Ja od zawsze wskazuję, że koegzystencja z tymi, którzy działają na zasadzie "wszystko albo nic" nie jest możliwa na wspólnotowych zasadach. Jest możliwa albo nad nimi dominacja albo ich eliminacja ze stadionu. Ponadto zwróciłeś uwagę na poważny problem a mianowicie identyfikacji grupowej i haseł pod jakim się to odbywa.
Na przykład jak to lapidarnie ujął prof. Leszek Kołakowski: "Antysemityzm to jest znak pod którym rozpoznaje się hołota". Będąc na stadionie i słysząc te wezwania oskarżonego o przestępstwa wodzireja i zmuszanie innych do wykrzykiwania obelg pod adresem jakiegoś mi nieznanego typa czuję jak bym sam popełniał jakąś zbrodnię przeciwko normalnemu społeczeństwu i zaczyna mi być wstyd za nich i za siebie, że w tym uczestniczę. To stało się siłą destrukcyjną nad którą przestano w Legii panować. W miejscach w mieście w których do niedawna były hasła w rodzaju "Legia Pany" czy "Legia King" dziś mamy hasła "Hanior cwel". To ma być ta nowa tożsamość kibiców Legii? Przepraszam, ja wysiadam.
Ja natomiast stosuję do słów Pana Mioduskiego nie tyle wykładnię literalną /czytamy tak jak to napisano/, ale przede wszystkim systemową oraz celowościową. Pan Mioduski wie, że tak jak to jest w wielu liczących się klubach kibice są nie tylko potrzebnymi uczestnikami widowiska piłkarskiego, ale też są silnym magnesem przyciągającym sponsorów, inwestorów i reklamodawców. Mają także ogromny wpływ na tzw, oglądalność i wielkość środków uzyskiwanych przez media elektroniczne z opłat za korzystanie z oglądania np. meczów. W Polsce coraz częściej wielkimi graczami na rynku kapitałowym są firmy zachodnie. My niejako przywykliśmy do medialnego chamstwa i posługiwania się symboliką faszystowską, homofobiczną czy antysemicką na stadionach. One nie. One nie mogą sobie pozwolić na jakiekolwiek związki z organizmem posługującym się splugawiona symboliką, w którym awanturnicy są na wierzchu i są siłą dominującą. Gdyby bowiem ich wolne i niezależne media takie związki wywąchały byłoby to dla ich wizerunku i interesów zabójcze. Dlatego tak bardzo Pan Mioduski stawia na wzięcie współodpowiedzialności za klub, za to, aby był on dobrem wszystkich kibiców i sympatyków.
Weźmy na przykład stwierdzenie, że UEFA ma na nas grubą teczkę i trzeba zmieniać obraz, dużo pracy, aby to odkręcić. A ja pytam: czy przypadkiem nie wspólnik zezwolił na bałagan podczas meczu ze Steauą, prawdopodobny nadkomplet i niekontrolowane przejścia między sektorami, czyli w gruncie rzeczy niepanowanie nad tym co się dzieje na trybunach? Przecież to zostało dokładnie opisane przez delegata i spotkała nas solidna kara. UEFA alergicznie reaguje na brak zapewnienia bezpieczeństwa, a tutaj była wolna amerykanka. Czy to nie wspólnik był zachwycony pokazem pirotechnicznym (i umówmy sie dał na niego przyzwolenie, nawet jeśli nie wprost), który się odbył na trybunie innej niż zamknięta chwilę po tym jak UEFA ostrzegała, ze ma nas na celowniku i bacznie się przygląda? Zapewne takie bezczelne zagranie na nosie UEFA przypadło jej do gustu. Czy takie zdarzenia "odchudzają" te księgi w UEFA na polski futbol czy wręcz przeciwnie?
Kolejne słowa to żal, że w Rumunii czy Bułgarii czy gdzieś tam "pilnują" swoich sprawa, mają swoich ludzi w UEFA, którzy robią dobry PR i załatwiają różne sprawy. Moje pytanie brzmi: czy wypowiedzi oficjalne klubu (ustami prezesa), że UEFA opanowało jakieś bliżej niezidentyfikowane lewactwo to jest dobry punkt wyjścia do negocjacji z UEFA i poprawienia swoich notowań PR? Czy całe to napinanie się w ich kierunku powoduje, że przychylniej na nas spojrzą i łatwiej jest coś załatwić dyplomatycznie czy może wręcz przeciwnie? Tutaj zabrakło mi refleksji i zastanowienia się, ze może ta nasza reputacja i to, ze startujemy z niższego pułapu niż Rumunii nie wynika z braku ludzi w UEFA, ale z faktycznych przewin i przywoływanej przecież chwilę wcześniej grubej księgi opisującą naszą reputację właśnie.
I kolejna kwestia to komfort oglądania, ważność każdego kibica i inne ładne słowa. Wierzę, że to są szczere słowa, to poważny człowiek, więc całkiem rozsądnie uważa, że każdy kibic powinien dobrze się czuć na stadionie i dostać to "za co zapłacił". Naprawdę tak uważa, bo każdy normalny człowiek tak uważa. Ale to są słowa, a zapewne poza VIP nie ma możliwości sprawdzenia jak jest, więc będzie tak jak będzie. Czyli coraz gorzej dla spokojnego, przeciętnego, ale płacącego dużo więcej kibica. Rzuci się coś, że 1% ma jakieś zastrzeżenia, więc to margines marginesu i tyle.
Pan Mioduski mówi również o modelu niemieckim jako wzorze (zarówno funkcjonowanie klubu jak i relacje z kibicami). Bardzo słusznie, ale proponowałbym zobaczyć jak wyglądają tamtejsze trybuny inne niż fanatyczne i jaki jest komfort oglądania. Ciekaw jestem również ile osób wie, że Hannover po otrzymaniu kary 15 tyś euro w 2011 roku pozwał dwóch kibiców (sprawców) za odpalanie piro (sąd zasądził 6 tyś euro odszkodowania dla klubu) i wtargnięcie na murawę (2,5 tyś). Bo w kolejnym roku Hanover dostał już 70 tys euro kary i chociaż to są dla nich jeszcze mniejsze sumy niż dla nas to chyba dostrzegają problem:
Aspekt ekonomiczny jest drugorzędny. Naszym celem było stworzenie efektu odstraszającego. Każdy taki wybryk musi uderzyć kibiców po kieszeni - powiedział niemieckim mediom mecenas Björn Bremer, który reprezentował Hannover 96.
Ktoś jest w stanie sobie wyobrazić takie wypowiedzi w Polsce? Nie żartujmy, proszę. Senator wyjaśnił dlaczego to niemożliwe
Zresztą Niemcy są bardzo ciekawi do obserwowania, bo u nich problem zdaje się narasta i można podpatrzeć jak sobie będą z nim radzili, bo mają już świadomość rosnącego zjawiska. O Borussi, która nałożyła nakazy na swoje grupy hurtowo(było o tym głośno na C-L, ale było też Schalke dające zakazy ponad 400 kibicom BVB za tamte wybryki. Ile u nas byłoby płaczu gdyby Legia dała takie zakazy wszystkim kibicom Śląska obecnym na meczu finału PP? Zamiast tego jest płacz o odpowiedzialności zbiorowej, chociaż każdy wie jak to wygląda. Ale zamiast tego usłużni dziennikarze napiszą, że "w Anglii, Niemczech tez odpalą race też są zachowania chuliganów i sobie nie poradzono". Bo oczywiście nie zwrócą uwagi na kary, reakcje władz/klubu/innych kibiców, ale na same incydenty. Tym się właśnie one różnią. Szkoda słów.
Dobrym przykładem są "Łomianki", gdzie prezes klubu ubolewał, że łączone jest to z kibicami Legii. Okazuje się, ze na wspomnianym przez Senatora koszu był ten sam transparent "grup kibicowskich" co na tamtym meczu. Ale jasne, lepiej udawać, że to był przypadek i przypadkowi ludzie. Przecież takich spraw jest wiele, ale władze państwowe/piłkarskie/klubowe wolą udawać. Ile razy to przerabialiśmy?
I oczywiście, ze pewnie przez rok, może dwa będzie grzecznie, bo przecież są wdzięczni prezesowi, ze uwolnił Legię od wroga, ale prędzej czy później to nie wystarczy. Pytacie jak zostanie rozwiązane? Proste: na meczach ligowych Ekstraklasa będzie udawała ze problemu nie ma i zapewne nie będzie karała, więc problemu dla klubu nie będzie (przecież mają tam większość prezesi, więc sami sobie kar nie będą wlepiali, to organ całkowicie bezużyteczny w obecnej chwili), PZPN też będzie udawał, że deszcz pada i tyle. Na transparenty o których pisze Zbyszek przecież już nikt nie zwraca najmniejszej uwagi. Można wywiesić nawet transparent z ludźmi powieszonymi na drzewach, a i tak mało kto zwróci uwagę. Grunt, ze jest "bezpiecznie". Przecież nawet na C-L są ludzie broniący/usprawiedliwiający/bagatelizujący takich zachowań, a co dopiero gdzie indziej
Reasumując: wdzięczność wobec nowego właściciela jest wielka, więc nie przewiduję żadnych kłopotów w najbliższym czasie. Te się zaczną zapewne w Europie i jeśli sportowo nie będzie szło.
"Reasumując: wdzięczność wobec nowego właściciela jest wielka, więc nie przewiduję żadnych kłopotów w najbliższym czasie"
Oj naiwny, naiwny naiwny jak.....
?Krzysztof Kołoszewski, komisarz zawodów z ramienia PZKosz w rozmowie z Warszawa.sport.pl zapowiada kary finansowe dla koszykarskiej Legii po meczu z Polonią. - W raporcie opiszę wszystkie incydenty, które miały miejsce. Chamskie odzywki, śpiewy i transparenty, serpentyny rzucane na boisko i w drużynę Polonii, przerwanie meczu, pomeczowe zaczepki"
A to tyko kosz ;0
Wiele jest racji w tym o czym piszesz. Natomiast mnie interesuje rzecz inna. To że Mioduski w swoich pierwszych wywiadach przemilcza niektóre fakty to rzecz dość zrozumiała. Po pierwsze nikt go przesadnie za język w tym temacie nie ciągnął, po drugie jeszcze tego by brakowało, żeby na przywitanie zaczął jechać w mediach po wspólniku. Buduje wizerunek, z dobrym skutkiem zresztą, jak piszesz, w warstwie werbalnej Mioduski brzmi bardzo dobrze.
Pozostaje jednak pytanie, które stawialiśmy sobie już kilka tygodni temu - dlaczego? Wywiady wywiadami, ale ten człowiek ślepy ani głuchy z pewnością nie jest. Jeżeli dał się namówić Leśnodorskiemu na wyłożenie środków niezbędnych do nabycia większościowych udziałów Legii, musiała to być decyzja starannie przemyślana, a czynnik kibicowski musiał być ważnym elementem przy rozważaniu za i przeciw.
Czy Mioduski nie postrzega kibicowskich problemów w tak katastroficznej skali jak niektórzy z nas? Czy wierzy, że Leśnodorskiemu uda się kontynuować / rozwinąć sojusz z kibicami w taki sposób, by ryzyko zachowań niebezpiecznych dla klubowego budżetu było niewielkie (kompromisy)? Czy może jednak naprawdę ufa, że z czasem uda się wykształcić w kibicach świadomość współodpowiedzialności za płynny rozwój klubu?
Nikt nie chce wszystkiego zmieniać prócz jednej podstawowej kwestii. Mamy swojego prezesa ,właściciela który deklaruje miłość do klubu itp. Trzeba zmienić tylko i aż jedno, podmiot dla którego, jesteśmy i nazywamy się kibicami Legii. Przykład kosza doskonale to obrazuje. Było gites prawa? Poje.. Polonii, oprawa super, atmosfera i tym podobne popierdułki tylko co ma z tego sekcja? Jak można przeczytać kary, przestraszonych sponsorów, a wy tylko własną satysfakcję ,że daliście czadu. To jest droga donikąd ani sympatyków koszykówki ani sponsorów takie szopki na meczach kosza nie interesują. Jasne stadion trochę inne klimaty ale przesłanie dokładnie takie samo.
Owszem, na własny pitolniczy pożytek możemy toczyć dywagacje, „dialog” czy „konfrontacja”, ale ta kwestia dla duetu M&L jest już rozstrzygnięta, zapewne szczegółowo rozważali, analizowali zagadnienie, ale to etap zamknięty, podjęli decyzję (dawno, przeszło rok temu) i ją realizują. Jak do tej pory uznają, że nie zaistniały żadne czynniki, które świadczyłyby, że przyjęta postawa jest błędem, wręcz doszli do wniosku, że współpraca, dialog, przynoszą zakładane skutki, efekty, do tego stopnia, że podjęli kluczową decyzję o własnym finansowym zaangażowaniu się w Klub. Zatem uznali, że wpływ „czynnika kibicowskiego” nie stanowi, aż takiego ryzyka, które odwiodłoby ich od inwestycji. Nie dostrzegam rozbieżności w tandemie, gdyby Miodzio nie wierzył w „politykę” Leśnego wątpię, żeby na poziomie 80% wkładu własnego angażował się w przedsięwzięcie.
Ani race, ani wulgaryzmy, ze stadionu nie znikną, tego jestem pewien, wątpię żeby Mioduski tego oczekiwał jako efektu swoich słów, takie założenie, przypisywanie mu takiego sposobu myślenia to dopiero naiwność, a jednak odwołanie się do „odpowiedzialności”, jak zakładam, nie jest ani pustosłowiem, ani PR-owską zagrywką, mam nadzieję, ani przejawem cynizmu, tak będzie jeżeli „ruch kibicowski” z Ł3 potraktuje te słowa poważnie i podejmie działania we własnych szeregach nazwijmy to umownie jako regulujące częstotliwość występowania pewnych zjawisk, właśnie ze względu na ekonomiczne aspekty kar z tym powiązane. Nie mam złudzeń, że to ma oznaczać wyzbycie się pewnych ultrasowskich atrybutów, choćby jak race, wątpię, żeby i Mioduski tego oczekiwał, chodzi jednak o ich przynajmniej „dozowanie” tak, żeby sankcje spadające na klub nie okazały się kamieniem u szyi. Kwestia czy słowa Mioduskiego mają szanse na poważne potraktowanie, czy jego intencje wzbudzą zaufanie, akceptację, otóż szansa na to istnieje tylko i wyłącznie w oparciu właśnie o dialog, a nie konfrontację.
Pełna zgoda z każdym zdaniem. Pytania postawione przez sir Gawina mają odpowiedz aż nadto oczywistą co Iocosus wykazał. Myślę ,że plan jest dużo ambitniejszy niż race srace. Spowodowanie myślenia kibiców ,że wraz z właścicielami grają do jednej bramki to jest główny cel, jeśli zostanie osiągnięty to i race srace znikną. Oczywiście nie będzie tak ,że nie odpalą żadnej ale będzie to wszystko ściśle uzgodnione co do terminu ilości itp. Czyli odpalimy ale wtedy kiedy sankcje będą minimalne.
Zwróćmy panowie szlachta uwagę ,że jak na razie to właściciele skrzętnie i chyba ochoczo realizują postulaty kibicowskie . Nie mam najmniejszych wątpliwości ,że kwestie wsparcia sekcji hokeja czy koszykówki to pomysł który wypłynął z kręgów kibicowskich. Teraz dla potrzeb sekcji wymienionych wyżej przebudowywany jest sklep. Co jeszcze? nie za bardzo wiemy bo w ruchu kibicowskim nie uczestniczymy ale trzeba zakładać ,że tych pomysłów jest więcej i będą wdrażane w życie. Oczywiście właściciele coś w zamian oczekują i teraz tylko możemy gdybać i pitolić czy się nie przeliczą. Na dziś wiara Miodzia i Leśnego jest duża chyba odwrotnie proporcjonalna do naszej
"Heil Hitler? Pokazywałem tylko, że nie ma kibiców Widzewa
Bezrobotny, technik elektryk: - Wiem, co znaczy "Hamas, Hamas...", to "Żydzi do gazu". Bardzo żałuję. Nie jestem rasistą. Do historii Żydów podchodzę z szacunkiem. Nie wiem, dlaczego krzyczałem. Tłum krzyczał i ja krzyczałem z nim.
Student WAT: - Wykonywałem gest ręki błędnie określony jako "Heil Hitler". Interesuję się historią. "Heil..." wykonuje się prawą ręką od lewej piersi do wyprostowania, muszą być słowa "Heil...". Nasz gest wskazywał na brak kibiców Widzewa [na spotkaniu była ich garstka, bo mieli zakaz wstępu m.in. za odpalenie rac na innych meczach]. Kolega obok mnie powiedział, że szkoda, że nie ma kibiców gości. Wówczas ja wskazałem sektor gości i powiedziałem, że ich nie ma. Znak na koszulce, który miałem, to krzyż celtycki, interesuję się ruchem patriotycznym [jako swój symbol chciało go zarejestrować Narodowe Odrodzenie Polski]. Chodzę na obchody świąt narodowych. Z hasła "Hamas..." nie rozumiem dwóch pierwszych słów. Jak krzyczałem, domyślałem się, co znaczy "gas". "Juden" nie było mi znane.
Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,15352259,_Ponioslo_mnie____Krzyczalem_z_innymi___Nie_wiedzialem.html?utm_source=HP&utm_medium=AutopromoHP&utm_content=cukierek1&utm_campaign=wyborcza#Cuk#ixzz2rmq3vQZh