- Kategoria: Trybuna komentatorów
- gawin76
Drugi start
Mamy wrzesień 2025 roku i widzimy, że Legia jest nie tylko zupełnie inną drużyną niż we wrześniu 2024 roku, ale i inną niż zaledwie kilkanaście tygodni temu, kiedy końca dobiegał sezon 2024/25. Był to sezon udany dla Legii w stopniu co najwyżej umiarkowanym, podobnie zresztą jak kilka poprzednich. Odpowiedzią na niezadowalające wyniki sportowe stała się prawdziwa rewolucja, do której latem doszło w szatni naszego klubu.
Skala tej rewolucji okazała się zaskakująca. Z drużyny odeszły ważne ogniwa, tzn. Luquinhas, Oyedele, Gual i Morishita. Warszawę na Rzym zamienił nasz młody talent Ziółkowski, z klubem nadspodziewanie szybko rozstał się także Szkurin, ostatecznie dobiegła końca współpraca Legii z Pekhartem. Nie ma chemii między Legią a wiecznie niezadowolonym Alfarelą, na bocznym torze znalazł się Kun, pod znakiem zapytania stoi przyszłość Gonçalvesa. W klubie pojawił się potężny zaciąg nowych zawodników: Stojanović, Rajović, Reca, Szymański, Arreiol, Krasniqi, Piątkowski, Weisshaupt, Čolak i Urbański. Do tego wszystkiego zmiana zaszła przecież także na stanowisku trenera, które przed sezonem objął Edward Iordănescu.
Legia zagrała odważnie, ale i ryzykownie. Zamiast próby oparcia strategii na kolejny sezon na tym, co funkcjonowało w drużynie prawidłowo i stopniowej wymiany słabszych ogniw na lepsze, do szatni wpuszczono tornado, które wywróciło wszystko do góry nogami. Na Łazienkowskiej tworzy się zupełnie nowy zespół, w dodatku trener stara się zbudować ten zespół drugi raz na przestrzeni między lipcem a wrześniem, bo ekipa, która ogrywała Lecha w Superpucharze Polski, już praktycznie nie istnieje.
Konieczność rewolucji wynikła po części z przyczyn obiektywnych, przede wszystkim z rozstania z Gonçalo Feio, który był już namaszczony na trenera Legii w bieżącym sezonie, ale ostatecznie, na własne życzenie, musiał pożegnać się z klubem. Jego następca od początku swojej pracy w Legii, zresztą ku powszechnej kibicowskiej irytacji, nie sprawiał wrażenia człowieka, który jest zdania, że wraz z angażem w naszym klubie złapał Pana Boga za nogi. Iordănescu głośno sygnalizował potrzeby transferowe, stawiał na innych piłkarzy niż Feio, zmienił taktykę i hierarchię w zespole. Za czynnik obiektywny trzeba również uznać oferty dla Oyedele i Ziółkowskiego. W dzisiejszych czasach, przy szeroko otwartym rynku transferowym i aktywności agencji menedżerskich, niezwykle trudno budować sportową siłę drużyny na młodych piłkarzach, ponieważ jeżeli błysną umiejętnościami czy choćby tylko potencjałem w polskiej lidze i europejskich pucharach, natychmiast zostaną z Legii wytransferowani. Jest to sportowa trudność, ale i finansowa szansa dla klubu, który powinien zadbać o stały dopływ najbardziej utalentowanej młodzieży do kadry pierwszego zespołu. Kręgosłupem drużyny niewątpliwie muszą być jednak zawodnicy trudniej zbywalni, mniej atrakcyjni na rynku transferowym, gwarantujący sportową spójność projektu na przestrzeni kilku sezonów.
Rzecz jasna czynniki obiektywne nie wyczerpują przyczyn, dla których w Legii doszło do kadrowej rewolucji. Gdyby w klubowych gabinetach nie było przekonania dla konieczności zdecydowanego wzmocnienia kadry, letnie okienko transferowe wyglądałoby zupełnie inaczej. Jakościowych transferów gremialnie domagała się także społeczność kibicowska, mimo że większość z nas chyba rozumie, że w zaistniałych okolicznościach na pewno nie wszystko kliknie tu tak szybko i płynnie jak byśmy chcieli.
Niestety czasu na spokojne układanie klocków brak. Przed Legią ta faza sezonu, podczas której w poprzednich latach najbardziej traciliśmy dystans do ligowej czołówki. Nie w miesiącach letnich, kiedy łączyliśmy ligę i eliminacje do europejskich pucharów, ale właśnie we wrześniu i październiku. Jeżeli ten scenariusz się powtórzy, jeżeli proza futbolowego życia zepchnie nas ze szczytów transferowego entuzjazmu i nieodmiennie wygórowanych kibicowskich oczekiwań, jako pierwszy posadą z pewnością zapłaci za to trener Iordănescu. Potem zacznie się szukanie odpowiedzialnych wyżej i najprawdopodobniej nastąpi kolejna szeroko zakrojona rewolucja, już latem przyszłego roku. Lepiej zatem, żeby wyniki przyszły, i żeby nastąpiło to szybko.
Na papierze kadra Legii jest najszersza i najmocniejsza od lat. Nie sposób wprawdzie uznać, że jesteśmy w stanie wystawić dwie równorzędne jedenastki, ale można wyobrazić grę treningową, podczas której do rywalizacji stają następujące zestawienia:

Trener Iordănescu ma wreszcie pole manewru i narzędzia do korzystanie z różnych wariantów taktycznych. Teraz wszystko sprowadza się do warsztatu rumuńskiego szkoleniowca, do chemii wewnątrz drużyny i... czasu.
Weryfikacja rusza w najbliższą niedzielę. Rozkład jazdy Legii wygląda następująco:
14.09 Radomiak (D)
20.09 Raków (W)
24.09 Jagiellonia (D)
28.09 Pogoń (D)
2.10 Samsunspor (D)
5.10 Górnik (W)


Na jaki dorobek punktowy można liczyć w tych pięciu meczach? Dla mnie subiektywnie, dopuszczalne są dwa remisy lub nawet porażka i remis, czyli strata czterech lub pięciu punktów. Etap budowy, konsolidacji, integracji zespołu, doboru optymalnej taktyki do posiadanego potencjału, konieczność przetestowania rozwiązań "w boju", takie założenia warunkują.
Czyli, jeżeli podniesiemy minimum dziesięć punktów w pięciu meczach, panikować nie będę, pytanie co by było gdyby tych punktów było mniej?
Uśmiechnąłem się lekko gdy redaktor Mateusz Rokuszewski przejechał się ostatnio po Marku Papszunie, powszechnie ale i przeze mnie niedawno uznawanym za najlepszego polskiego trenera w Ekstraklasie. Jak stwierdził selekcjoner Urban na oklaski i pochwały nie można się nabierać bo zaraz będą grilować. Słusznie. Według mnie przed Iordanescu również widmo rozliczeń przy ligowych wtopach zaistnieje.
W tej turze zagramy z Rakowem, o ile nie padnie remis, to jeden z dwóch uznanych trenerów dozna dotkliwej porażki. Wliczam ją w koszty, o ile przez pozostałe mecze przejdziemy z w miarę suchą nogą.
Odnoszę również wrażenie, że po eliminacjach do pucharów europejskich i po zamknięciu okna transferowego w Ekstraklasie dopiero teraz zaczyna się prawdziwy wyścig. "Drugi start" jawi się bardziej intrygująco niż w poprzednich latach.