- Kategoria: Wokół boiska
- gawin76
Legia - Korona 1-0: Szczęśliwy debiut
Zwycięstwem zakończył się pierwszy oficjalny mecz Henninga Berga w roli trenera Legii. Nasza drużyna rozpoczęła wiosenne zmagania od zwycięstwa 1:0 nad Koroną Kielce. Był to zupełnie inny mecz niż jesienne 5:3 w Kielcach. Zwycięstwo Legii zapewnił Ivica Vrdoljak, pewnie wykorzystując rzut karny w 83. minucie meczu.
Kiedy oglądam mecze takie jak piątkowe spotkanie Legii z Koroną, zwykł przypominać mi się mecz Polska - Albania z 1988 roku za kadencji Wojciecha Łazarka. Po bardzo słabej grze wygraliśmy 1:0 dzięki bramce Krzysztofa Warzychy. Jako dwunastoletni brzdąc, oczekiwania miałem rzecz jasna zupełnie inne niż wymęczone zwycięstwo naszej kadry nad, bez urazy, Albanią. Dużo do myślenia dała mi zatem pomeczowa scena, podczas której popularny 'Baryła', wyraźnie wielce kontent, ściskał się z kimś, najpewniej z działaczem PZPN. Kiedy panowie się wzajemnie poklepywali, padło stwierdzenie: "Najważniejsze, że są punkty".
Legia nie mogła nikogo oczarować w meczu z Koroną. Podopieczni Henninga Berga grali chaotycznie. Nie było ani twardego pressingu na połowie przeciwnika, ani prowadzonych na dużej szybkości ataków pełnych podań z pierwszej piłki. Obrona nie stanowiła monolitu, co już w pierwszej ofensywnej akcji w wykonaniu gości mógł wykorzystać, po nieporozumieniu Tomsza Brzyskiego i Dossy Juniora, Paweł Sobolewski. Ostatecznie jednak, bardzo pewnie interweniujący przez cały mecz Dusan Kuciak nie musiał wyciągać piłki z siatki, za to ta nieprzyjemność spotkała Zbigniewa Małkowskiego. Legia zwyciężyła z trudem, ale mimo wszystko zasłużenie.
Szukając elementów, które wymagają poprawy w kolejnych meczach, w pierwszej kolejności należy wskazać grę skrzydłami. W środku pola grę Legii organizowali przeciw Koronie Daniel Łukasik i Ivica Vrdoljak. Vrdoljak zagrał poprawnie, dobrze czytając grę i kilka razy kasując we wczesnej fazie natarcia gości, znamy jednak tego zawodnika nie od dziś i wiemy, że nie jest to typ kreatywnego środkowego pomocnika, który czynnie uczestniczyłby w rozegraniu, pchając grę Legii do przodu. Takie predyspozycje od czasu do czasu sygnalizuje Daniel Łukasik, niestety Miłek najwyraźniej nie jest jeszcze w formie choćby z zeszłorocznego meczu z Jagiellonią w Białymstoku. Przy zestawionym z Vrdoljaka i Łukasika środku pola, ciężar prowadzenia natarć w naturalny sposób przesuwa się na skrzydła. Na nich mieliśmy Guilherme i Henrika Ojamę. Przy obu nazwiskach postawiłbym mały plusik, trochę większy przy Guilherme, natomiast trzeba zwrócić uwagę na fakt, że zupełnie nie układała się współpraca między często schodzącymi do środka bocznymi pomocnikami, a wbiegającymi w powstałą przestrzeń obrońcami. Tomasz Brzyski i Bartosz Bereszyński zawiązali niewiele akcji we współpracy ze 'swoimi' pomocnikami, na palcach jednej ręki można również policzyć sytuacje, w których otrzymali podanie w tempo ze środka pola.
Najgroźniejsze sytuacje z gry stworzyliśmy po akcjach ze środka pola przeprowadzonych w drugiej połowie. W pierwszej z tych sytuacji Henrik Ojamaa otrzymał kapitalną piłkę od irytująco nieporadnego wcześniej Miro Radovicia (czyż ten paradoks nie jest symptomatyczny dla naszego Rado?), w drugiej sytuacji Michał Kucharczyk wybiegł do długiej piłki rzuconej za plecy środkowych obrońców Korony. Niestety obie okazje zostały przez legionistów zaprzepaszczone. Zwłaszcza szkoda chwili zawahania Henrika Ojamy w jego sytuacji sam na sam z Małkowskim. Legia w pierwszych minutach drugiej połowy wyraźnie podkręciła tempo gry, ta faza naszej zdecydowanej przewagi powinna zostać udokumentowana bramką.
Do momentu otrzymania czerwonej kartki nieźle prezentował się Lado Dwaliszwili, który udanie przejmował adresowane do niego długie piłki, skutecznie się zastawiając i dając kolegom czas na podłączenie się do ataku. Niestety, Lado dał się sprowokować Pawłowi Golańskiemu. Niezależnie od tego, czy i w jaką część ciała trafił obrońcę Korony, niezależnie od dramatycznej pauzy, którą uskutecznił Golański między faktycznym zajściem, a padem na murawę, ruch Dwaliszwilego w stronę Golańskiego z pewnością nie był potrzebny. Zejście Lado, wobec braku alternatywy, skutkowało pogłębieniem chaosu w grze ofensywnej Legii, jej przejawem były między innymi długie piłki rzucane z obrony 'na walkę' Miro Radoviciowi, usiłującemu (z wiadomym skutkiem) wygrać pojedynki główkowe z rosłym Piotrem Malarczykiem.
Nasz zimowy nabytek, Guilherme, pokazał się z dobrej strony, dwukrotnie w pierwszej połowie uderzając z dystansu na bramkę Małkowskiego, również dwukrotnie odbierając zawodnikom Korony piłkę na ich połowie, wreszcie doprowadzając do ważnego dla losów meczu 'wykartkowania' Vlastimira Jovanovicia. Zwłaszcza akcja po przerwie, kiedy Guilherme nie tylko zanotował odbiór, ale i popisał się efektownym dryblingiem przy linii końcowej, zaostrzyła nasz apetyt na kolejne występy Brazyliczyka. Jeżeli do czegoś można się w grze Guilherme przyczepić, to właśnie do, wyżej wspomnianego, zbyt rzadkiego dostrzegania wbiegającego prawym skrzydłem Beresia. Guilherme z pewnością powinien również wystrzegać się zachowań takich jak w pierwszej połowie, kiedy, kilka minut po otrzymaniu żółtej kartki za zaatakowanie Małkowskiego, zagrał piłkę ręką, przyznam, że z perspektywy z mojej perspektywy z trybuny wyglądało na to, że celowo.
Kielczanie zaprezentowali grę twardą, stawiając na konsekwentną asekurację w obronie i na inicjowane długimi piłkami kontry. To zupełnie inny zespół niż beztroska trupa, którą zbiliśmy w Kielcach w rundzie jesiennej. Jednak prawdziwe testy dopiero przed nami. Pierwszy - już za tydzień w Zabrzu.


Nic dodać, nic ująć. Może tylko tyle, że Gui oddał 3 strzały (dwa lewą nogą i jeden, nawet chyba groźniejszy, prawą) i to, że niestety sił mu starczyło na 60 min. Fakt faktem, że z dużą nadzieją czekam na kolejne jego mecze. Zapewne jest też za wcześnie na rzetelną ocenę pracy Berga, ale we wczorajszym meczu niestety nie widziałem nic, z zapowiedzi nowego trenera. Ani twardego pressingu, ani gry skrzydłami, ani ładnego stylu, że o okazałym zwycięstwie nie wspomnę.
Dla mnie największym zaskoczeniem wieczoru było to, że siedzę na trybunie oddalony od Monrooe o 2 (dwa) krzesełka
Z wczorajszego meczu za pozytyw mam głównie wynik. Trzeba w tym okresie ewolucji stracić najmniej jak się da, więc 3 punkty mimo bardzo przeciętnej gry cieszą. Za tydzień będzie pewnie podobnie, choć można oczekiwać, że Górnik da nam trochę więcej miejsca z uwagi na grę u siebie i większą ochotę do ataków. Korona zagrała wczoraj tak jak zwykle czyli typowo defensywnie, czekając na nasze błędy. Na szczęście nie udało im się ich wykorzystać. I tak to pewnie będzie wyglądało dalej.
Dlatego w zasadzie tylko o momentach (bo jednak były):
- akcja, po której Ojamaa zmarnował sam na sam - malina. Najpierw fajnie Vrdoljak do Rado, potem jeszcze lepiej Rado do Ojamy;
- znowu Rado, tym razem do Kucharczyk. Pięknie;
- Łukasik do Bereszyńskiego - rewelacyjne podanie, fajnie wyszedł do tej piłki Bereś, szkoda że źle przyjął, bo spokojnie mógłby to sam kończyć.
A tak to nic więcej - ciekawy debiut Guia, skuteczny w odbiorze i walczący Vrdoljak, Kuciak swoje (chociaż raz źle obliczył lot piłki i ledwie to wypiąstkował na róg), Astiz i Junior (łącznie z obcinkami) w sumie też. Martwią fatalne stałe fragmenty gry Brzyskiego.
I jeszcze pytanko - karny był? Dla mnie ewidentny, ale może jestem zaślepiony.
Czy te kilkanaście odbiorów przed samym polem karnym Korony to wynik pressingu czy nieudolności piłkarzy Korony i przypadku?
Ależ pressing i nieudolność piłkarzy Korony to kwestie powiązane - na pewno nasi bardziej podchodzili pod przeciwnika, natomiast nie robili tego na tyle dobrze aby porządnym piłkarzom zrobić problem. Ale że piłkarze Korony do porządnych nie należą (oceniam jedynie umiejętności nie przymioty charakteru
Tutaj akurat wezmę stronę Berga. Jednak widać pewną zmianę w sposobie zachowania zespołu po stracie piłki w okolicach pola karnego przeciwnika. Próbujemy od razu ją odzyskać nie dopuszczając do zorganizowania kontrataku. Problem pojawia się, kiedy ją odzyskamy - nie za bardzo mamy koncepcję, co z tym fantem zrobić.
@oceny
Nie zgodzę się z autorem co do pozytywnej oceny Dwaliszwilego. Dla mnie to główny hamulcowy we wczorajszym meczu. Kompletnie bezużyteczny w ataku pozycyjnym. O ile prawą flankę wspierał Radovic, o tyle na lewej Brzyski z Oyamą byli kompletnie pozbawieni wsparcia i tam najczęściej Korona odcinała naszych skrzydłowych od gry. Gruzin chował się w polu karnym biernie obserwując całą sytuację.
@Gui - jego pozytywna ocena wynika głównie z tego, że najwyraźniej Miro Radovic postawił sobie za cel zrobienia z niego gwiazdy. Robił mu miejsce na grę z czego Brazylijczyk często korzystał. Może i coś z tego będzie. Zobaczymy.
@El capitano
W końcu zagrał jak kapitan. Dobrze, że mamy tylko 16 meczów w tej rundzie, to jest szansa, że Ivica utrzyma swoją formę.
@Dossa
Bardzo mi przypomina Dantego z Bayernu. Też elektryczny przed własnym polem karnym ale już w polu karnym gra bardzo inteligentnie.
@minusy
Bereś - nie przekonuje mnie ten chłopak. Dużo błędów w destrukcji wynikających ze złego ustawiania się. Permanentnie atakuje przeciwnika nie od tej strony, co potrzeba - w przypadku przegranego pojedynku rywal ma autostradę do bramki. Również błędy w polu karnym - najczęściej zbyt daleko od skrzydłowego, czasami nie chce mu się wyskoczyć do główki. Może pora przywrócić Rzeźnika na prawą flankę.
Łukasik - dobrze, że wraca Jodła, bo łukasikowe niedoloty były troszkę nieprzystające do takiego klubu jak Legia. W ogóle wystawienie Miłka było trochę niezrozumiałe biorąc pod uwagę sparingowe występy Helio Pinto. Ja bym Łukasika już zmienił w przerwie.
I jeszcze słówko o sędziowaniu. Zdaje się, że sędziowie w końcu dostali jasny "prikaz", aby nie dopuszczać do brutalnej gry i bezwzględnie karać takie zagrania kartkami. Jak powszechnie wiadomo, nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu i Gila w dwóch przypadkach trochę poniosło, choć z drugiej strony też w paru przypadkach okazał się zbyt łaskawy ale generalnie tendencja bardzo mi się podoba.
Karny ewidentny, bez dwóch zdań. Trudno o bardziej oczywisty faul - Sobolewski w ogóle nie był zainteresowany piłką.
"Próbujemy od razu ją odzyskać nie dopuszczając do zorganizowania kontrataku. Problem pojawia się, kiedy ją odzyskamy - nie za bardzo mamy koncepcję, co z tym fantem zrobić"
Odniosłem dokładnie takie samo wrażenie. To szybkie odzyskanie piłki powodowało, że stawaliśmy przed murem 8, 9 piłkarzy przed ich polem karnym i traciliśmy głowę. Niezrozumiałe były dla mnie próby sforsowania obrony środkiem ???
W ostatnich trzech meczach nie stosowaliśmy tego wariantu i pozwalaliśmy Koronie jednak wyjść z piłką, przez co mieliśmy więcej miejsca z przodu. Efekt 11 goli. Wczoraj 1 po rzucie karnym.
Nie twierdzę, że takie granie jest złe, uważam tylko, że chyba nie mamy dobrych wykonawców...
"Nie twierdzę, że takie granie jest złe, uważam tylko, że chyba nie mamy dobrych wykonawców."
Przypomnę Ci starą mądrość; "nie bierz skrzypiec do rąk dopóki sie grać nie nauczysz".
Żeby nie było wątpliwości, mecz mnie oczywiście nie zachwycił ani nie rozczarował. Mamy 3 pkt i dobrze.
Zwróćcie uwagę że przy ustawieniu Ojamaa Radović Gui, jest całkowita wymienność pozycji, każdy z tych zawodników może grać na dowolnej z tych pozycji, każdy może być skrzydłowym i środkowym pomocnikiem. Przy obronie strefą ma to mniejsze znaczenie ale i tak łatwiej jest zaskoczyć przeciwnika niż przy "jeżdżących po szynach" Kucharczyku i Żyro. Kosa też ma bardziej atuty do biegania przy linni. Jest jeszcze Augusto który też może grać na skrzydle i w środku. To nam daje sporą liczbę wariantów w ofensywie.
"chce aby Legia dominowała nad przeciwnikiem i grała piłką, a my i tak jako najlepsze pamiętamy te mecze, gdzie tak nie do końca było (np. wspomniane mecze z Koroną czy ostatni z Cracovią)"
Jakby Legia miała w polskiej lidze grać z kontry, to ja przestaje przychodzić na takie mecze. Już sobie wyobrażam te wielominutowe wymiany podań miedzy obrońcami, "wciąganie przeciwnika" na własna połowę, czyli "taktyczne szachy" usypiające lepiej niż piwko po obiedzie.
Już widzę jak Korona czy podobne drużyny rzucają się na Legię a my ich jak frajerów kontrujemy.
Za lepszą grą przemawiało kilka faktów. Mecz u siebie, gdzie praktycznie zawsze dominujemy; większość zawodników gra razem od niepamiętnych czasów; przewaga w sile zespołu i w sile indywidualności; przeciwnik słaby w defensywie, słaby na wyjazdach i nadpobudliwy. Jednak zagraliśmy poniżej własnych możliwości.
Można to usprawiedliwić problemami z realizacją nowych założeń taktycznych, pierwszym meczu po długiej przerwie czy autobusem w polu karnym Korony. Ale czy wszystko da się w ten sposób wyjaśnić? Jak zrozumieć: zatrważającą ilość niecelnych podań? wolne tempo budowania akcji? brak celnych wrzutek ze strony bocznych obrońców i właściwie nikły udział w budowaniu sytuacji podbramkowych? słaba ruchliwość zawodników? przesadne przetrzymywanie piłki? To są elementy niezbędne do realizacji taktyki Berga, które ćwiczyli na zgrupowaniach. Przynajmniej to powinno działać choć w minimalnym stopniu. Odniosłem wrażenie, że to kolejny grudniowy mecz z Urbanem na ławce. Jakby nie było przerwy w rozgrywkach, a ostatnie dwa miesiące piłkarze spędzili w inkubatorach. Jakim cudem nic się nie zmieniło, choć stworzono optymalne warunki do przygotowań?
Wrażenie nie są dobre i mam nadzieję, że to pierwsze koty za płoty, choć rozum podpowiada, żeby się nie łudzić. To przecież kolejny mecz (liczę także sparingi) w takim zestawieniu osobowym, kiedy mamy ogromne problemy ze strzeleniem bramki z gry. No nic. Dzisiaj daję pierwszeństwo sercu.
Dostrzec należy kilka dobrych symptomów. Jak tylko grali na jeden, dwa kontakty to szybko zdobywali teren, a piłkarze Korony biegali jak kurczaki przed pociągiem. Fajnie wyglądała praca defensywnych pomocników w asekuracji i odbiorze: wysoko, zdecydowanie i czysto. Kilka akcji można było ponowić. Pressing zaraz po stracie piłki kilka razy zafunkcjonował zgodnie z założeniami. Indywidualnie wyróżnię Vrdoljaka i Guilherme. Pierwszego za wyżej wspomnianą pracę w defensywie, a drugiego za kreatywność i odwagę mimo, że nie zawsze wychodziło.
Tydzień do następnego meczu. Jak to mówią piłkarze: trzeba wyciągnąć wnioski. Jak po porażce, bo ta nastąpi szybko, jeśli nie będzie poprawy w grze.
I jeszcze jedno. Przeczytałem właśnie w Gazecie wywiad z Kamilem Wódką, psychologiem pracującym z polskimi skoczkami. I dochodzę do wniosku, że nasi piłkarze robią wszystko, byle nie odnieść sukcesu. Kompletnie nie czerpią radości z tego, co robią. Wyglądają jak woły robocze zaprzęgnięte do wykonywania najobrzydliwszej pracy na świecie.
Warto pomyśleć o wprowadzeniu do procesu treningowego urządzenia do neurofeedbacku czy zacząć stosować neurocoaching. Rzucam tylko hasła, bo nie znam się na tym. Jednak dostrzegam ogromną, niewykorzystaną możliwość wpływu na grę i wyniki drużyny.
Co do sędziowania pana Gila to niestety popełnił dość rażące pomyłki..
Prekursorem pseudo dawania grania w ostatnich latach jest sędzia Musiał,a z komentatorów Kazio Węgrzyn.Sędzia ma baczyć, aby gracz kopał piłkę,a nie rywala i ,aby go innymi sposobami nie unieszkodliwiał.W naszej lidze od lat przy obniżającym się poziomie umiejętności coraz większą rolę odgrywa brutalność.I tak ona powoli zaciemnia nasze umysły.Więc jak nie złamał nogi to nie ma przewiny.Opamiętajmy się.
Zaś co do pana Gila to powtarza swoje wady: sędziuje na radar czyli jest za daleko od zdarzenia i jest mało wiarygodny w tym co robi, bo ,macha ręki,gestykuluje,giba się i stara się być miły dla każdego.
We wczorajszym meczu powinien ukarać Golańskiego żółtkiem za prowokowanie i Vaniję czerwienią za brutalny atak na Guilherme, ale też wywalić z boiska po kolejnym faulu Vrdoljaka.
Pytanie retoryczne: kiedy u nas zapanuje to co FIFA i UEFA nakazują czynić od 22 lat czyli preferencja dla ofensywy i zdobywania bramek, a nie chronienia niszczycieli napadziorów.
100% racji - Legia niestety musi prowadzić grę w meczach ligowych. Sęk w tym, że ma piłkarzy, którzy są lepsi od zawodników innych drużyn o tyle, żeby prowadzić w lidze, ale nie o tyle, żeby sobie radzić w ataku pozycyjnym przeciwko skoncentrowanemu na obronie przeciwnikowi. I stąd właśnie jak ktoś nieopatrznie zdecyduje się na otwartą grę to wychodzą nam świetne mecze.
I właśnie z tych przyczyn straszliwie boli mnie każdy zmarnowany w głupi sposób stały fragment gry (te dośrodkowania...), bo mogą one w w miarę prosty sposób załatwić nam każdy mecz - raczej rzadko się zdarza, żebyśmy w Polsce nie wygrali, jak pierwsi strzelmy bramkę. Bo albo przeciwnik nie zmienia sposobu gry i nie ma za bardzo sytuacji aby wyrównać, albo zmienia i wtedy dla Legii zaczyna się granie.
Korona przyjechała na Łazienkowską3 w określonym celu, "zarzynać futbol". Jedenastu zawodników ustawionych na 35 metrach, z jednym, jedynym zadaniem, przeszkadzać. I przeszkadzali. Sorry, w naszym kraju nie ma zespołu, który jest w stanie rozerwać takie zasieki, jeśli tak grający przeciwnik nie popełni błędu to mamy 0:0 lub nawet jakąś nikłą porażkę faworyta. Po jednym ze stałych fragmentów gry, kiedy to murarze gremialnie biegną w szesnastkę rywali. Widziałem wiele takich spotkań i to jako żywo mi taki przypominało. Być może dlatego z dużą ulgą przyjąłem końcowy rezultat.
Swoją cegiełkę dołożył sędzia, pozwalając broniącym na mnóstwo fauli zwanych potocznie taktycznymi. Bez żadnych konsekwencji. "Koroniarze" tak się do tego przyzwyczaili, że później nie wiedzieli za co dostają kartki. A przecież tak właśnie grali przez cały mecz. Po raz kolejny odezwa by sędziowie pozwalali grać jest rozumiana kompletnie na opak.
A mimo to wygraliśmy. Sorry, ale w piłce nożnej już tak jest, że mistrzostwa nie zdobywa się pięknie rozegranymi meczami, ale właśnie wygranymi wyszarpanymi w spotkaniach w któych drużynie nie szło. Zespół pokazał charakter, determinacji. Legioniści udowodnili, że wiedzą o co walczą i są świadomi celu jaki postawili sobie na ten sezon.
Co bardzo ważne jednocześnie, ten mecz rozwiewa taż kilka wątpliwości, które gdzieś tam w kontekście zmiany trenerskiej się przewijały. Przede wszystkim nie brakuje sił, a tego nie byli pewni nawet sami piłkarze. Przy nieźle przesuwającej się Koronie biegaliśmy jak króliki, co ważne w 90 minucie nadal biegaliśmy. Trener Beg nie przeprowadził żadnej rewolucji, więc główne przyzwyczajenia piłkarzy pozostają, kolejne niuanse nie powinny zaburzyć konstrukcji zespołu, który zajmuje pierwsze miejsce w tabeli. Niemniej jednak te niuanse już widać, wspomniany pressing był bardzo widoczny, jeszcze niedoskonały, jaszcze kulejący ale już przynoszący wiele zysku w postaci odebranych piłek. Kolejną nowością jest gra skrajnych obrońców, gra bardzo wysoka, w zasadzie na pozycji skrzydłowych. W tym czasie nominalny skrzydłowy schodzi do środka zagęszczając tą część boiska. Jeśli nauczymy się to wykorzystywać powinno być całkiem fajnie. Jest też minus takiego stanu rzeczy. Po jednym, czy drugim wykonanym rajdzie brakuje naszym defensorom sił. Korona nie potrafiła tego wykorzystać, ale bardziej ofensywnie ustawiony rywal powinien. Koniecznie trzeba poprawić asekuracje w naszym zespole, bo widać było, że ta bardzo szwankuje. Na pewno Legia Henninga Berga nie odbiega od Legii Urbana, przynajmniej na początku wielkich różnić nie ma. A tych, in minus obawialiśmy się najbardziej. Nie ma czego. W zamiast dostajemy kilka smaczków, które przybliżają nas do bardziej europejskiego stylu gry.
ps: Na koniec ciekawostka i zagadka zarazem. Dlaczego Legia najlepiej gra (bardzo często) w ostatnich trzech minutach meczu? I to niezależnie od tego jak bardzo naciska rywal, piłka chodzi szybko, na wolne pole. Zero holowania, a zamiast tego szybkie i co ważne celne podania. Popatrzcie na ten fragment meczu jeszcze raz i pomyślcie co by było gdybyśmy tak grali od początku meczu.
Ogólne wrażenie: chaos, regres gry Brzytwy, który przecież niesamowicie wyśrubował standardy jesienią. Podzielam opinię, że Legia i może częściej niż jesienią próbowała natychmiast zabrać piłkę, ale problem się robił spory, gdy jej się to powiodło. A tak było fajnie, jak była przerwa i nie grali.
Indywidualnie szansy nie wykorzystał moim zdaniem Łukasik. Gra na alibi i statystyki. Słaby Rado choć tu chyba jednak wina Berga który ustawia Go za wysoko. Ten sam Rado cofnięty gra dwie kluczowe piłki. Znaczy się byłby kluczowe gdyby Ojama i Kucharczyk je wykorzystali.
Też nie mam nic przeciw aby powiedzenie " w czepku urodzony" przylgneło do Berga nawet na stałe
Są różne na temat tej lepszości zdania jak w tym dowcipie "Czy twoja żona jest dobra w łóżku? Zdania na ten temat są podzielone".
Panowie szlachta przecież właściwie wszyscy tu komentujący pisali ,że miesiąc to mało aby nowy trener odcisnął piętno na drużynie więc oczekiwanie jakiś istotnych różnic w grze to fanaberia niczym nie uzasadniona.
Nie, nie. Miesiąc to za mało, żeby odciskając piętno były wyniki, ale na samą zmianę stylu to nie za mało. Możesz nie mieć wyników, bo masz nieodpowiednich ludzi, bo uczą się taktyki i tego czego oczekujesz, ale zmiana stylu powinna być zauważalna, bo to możesz zrobić natychmiast. Czy widzieliśmy cokolwiek? Dosłownie chwilami pressing ciut większy niż za Urbana i tyle. Ale też bym nie przesadzał, bo większość meczu cofaliśmy się pod linię środkową i normalnie graliśmy. Poza tym w obronie słabo to wygląda na bokach. Rozczarowanie, bo on przyszedł właśnie dlatego, że nie "najważniejsze są 3 punkty", ale i styl. Zobaczymy jak to dalej będzie wyglądało, ja oczekiwałem jednak dużej zmiany, wielu nowych pomysłów, a nie malutkich korekt wynikających z tego, ze każdy trener jest inny.
- "...zmiana stylu powinna być zauważalna, bo to możesz zrobić natychmiast."
Są dwa powody dla których owej zmiany nie musi być widać. Pierwsza: trener nie chce zmieniać dotychczasowego stylu. Z jednej strony może doceniać dotychczasowe poczynania, z drugiej zdaje sobie sprawę, że wprowadzanie dużych zmian teraz może wprowadzić więcej szkód niż pożytku. Druga: Trener Berg nie ma nam nic do zaprezentowania. Osobiście wolę ten pierwszy wariant, choć dostrzegam takie głosy jak ten wypowiadany przez Tomka Łapińskiego (tutaj). Choć pamiętam też, że pierwsza taka wypowiedź, szanowanego przeze mnie komentatora nastąpiła zanim jeszcze Henning Berg wraz ze sztabem pojawił się w kraju, a to "nieco" nadwyręża wiarygodność takiej opinii.