A+ A A-

Jagiellonia - Legia 2-2

W przedostatniej kolejce sezonu Legia podzieliła się punktami z Jagiellonią. Stawką piątkowego meczu w Białymstoku był już tylko prestiż. Bramki padały po przerwie. Pierwszego gola dla Legii zdobył Pekhart, drugi był samobójczym dziełem Pazdana.

 

Trener Vuković postawił na drużynę w składzie: Miszta – Rose, Charatin, Wieteska, Hołownia – Wszołek, Slisz, Josué, Çelhaka, Rosołek – Pekhart. Skład Jagiellonii wyglądał następująco: Alomerović – Țîru, Pazdan, Puerto – Matysik, Struski, Romanczuk, Nastić – Wdowik, Gual, Carioca.

W 4. minucie strzał na bramkę gospodarzy oddał Rosołek. Uderzenie było słabe i nie stanowiło wyzwania dla Alomerovicia. Już w 7. minucie gospodarze musieli dokonać zmiany. W miejsce Guala pojawił się Imaz. W 16. minucie Miszta obronił strzał Carioki oddany zza pola karnego. W 17. minucie Slisz wypatrzył Wszołka, który płasko wycofał piłkę w pole karne, niestety zabrakło kogoś, kto wykończyłby tę akcję. W 25. minucie po przechwycie Rosołka okazję miał Wszołek, jednak Alomerović popisał się bardzo dobrą interwencją. Wkrótce potem ładną akcję legionistów bardzo niecelnym strzałem zakończył Josué. W 32. minucie w Jagiellonii doszło do drugiej zmiany spowodowanej kontuzją. Cariokę zmienił Přikryl, który już w pierwszym kontakcie z piłką mógł zdobyć gola, na szczęście Miszta był na posterunku. W 42. minucie Imaz z kilku metrów uderzył głową nad bramką. W ostatniej minucie pierwszej połowy żółtą kartką ukarany został Hołownia.

Do przerwy było 0:0. Przez większą część pierwszej połowy Legia miała niewielką optyczną przewagę, ale nie przekładało się to na sytuacje bramkowe.

Drugą połowę rozpoczęła seria rzutów rożnych dla Jagiellonii. Najpierw Miszta świetnie obronił strzał Wdowika, ale po kolejnym kornerze musiał wyciągać piłkę z siatki. Z najbliższej odległości trafił Puerto. W 53. minucie Lopes zastąpił Hołownię. Za chwilę mocny strzał z dystansu oddał przestawiony na lewą obronę Rose. W 56. minucie żółtą kartkę ujrzał Çelhaka. Z rzutu wolnego mocno uderzył Wdowik. Piłka przeszła nad poprzeczką. W 67. minucie po kolejnym rzucie rożnym dla Jagiellonii blisko powodzenia był Romanczuk. W Legii Muçi i Verbić zmienili Çelhakę i Rosołka. Za chwilę Pekhart został zablokowany w polu karnym gospodarzy. Wkrótce potem wyborną okazję zaprzepaścił Muçi. W 70. minucie Legia wyrównała. Pekhart uwolnił się od obrońców i dobrym strzałem z prawej nogi pokonał Alomerovicia. W 74. minucie sędzia Marciniak dopatrzył się faulu Josué na Imazie i podyktował rzut karny. Obaj zawodnicy zobaczyli żółte kartki. Imaz zmylił Misztę i Jagiellonia odzyskała prowadzenie. W 82. minucie żółtą kartkę ujrzał Charatin. Miszta odbił strzał Pospíšila z rzutu wolnego. W 85. minucie było 2:2. Muçi wypatrzył wbiegającego Rose’a, który dośrodkował w pole karne. Do piłki ruszyli Pekhart i Verbić, których jednak pogodził Pazdan, trafiając do własnej bramki. W czwartej minucie doliczonego czasu gry strzał Slisza z dystansu minął bramkę Jagiellonii.

Ostatnie dni sezonu nakazują skupić się już raczej na tym kto z Legii odejdzie, a kto zasili nasz klub i jak będą wyglądały kolejne rozgrywki, bo poczynania boiskowe mają wymiar głównie treningowy oraz, częściowo, rozrywkowy. Koniec sezonu w przyszłą sobotę, kiedy do Warszawy przyjedzie Cracovia.

Dyskusja (1)
1sobota, 14, maja 2022 11:49
Zbyszek
Przedmiotem dzisiejszego komentarza będzie rywalizacja pomiędzy ratio ,a emotio.

O tym, że jeszcze nie tak dawno systemy były bożkiem.
Przez ponad 20- lat od połowy lat 70-tych XX wieku na boiskach królował, prawie niepodzielnie ,system 4-4-2 , a szczególnie dwóch napastników z których jeden był zwany dogrywającym, a drugi kończącym. Nawet jak grano trzema obrońcami to ustawienie zasadnicze wyglądało 3-5-2. Z czasem ,a już zwłaszcza w połowie lat 90-tych XX wieku zaczęli się pojawiać wybitnie uzdolnieni zawodnicy nie będący typowymi napastnikami ,ani pomocnikami ( wśród czterech z II linii dwaj to byli skrzydłowi ,a dwaj defensywni). We Włoszech nazwano ich trequartistami. Do najbardziej znanych zaliczyć można : Roberto Baggio, Gianfranco Zola , Francesco Totti, Zvonimir Boban, Rui Costa, Ariel Ortega. Znani byli oni zarówno z talentu, jak i z tego, że dla większości ówczesnych trenerów "nie pasowali do koncepcji" . Mówił o tym Roberto Baggio tak :" Gram piłką. Myślę ,że lepiej mieć dziesięciu niepoukładanych piłkarzy , niż 10 biegaczy". Trenera Arrigo Sachciego , który go częściej sadzał na ławie, niż wystawiał w meczu nazwał szaleńcem i dwulicowcem co komentował tak :" Czuję się jak ferrari , którym jeździ policjant z drogówki. Trener musi być dobrym psychologiem. Jeśli surowo narzuca swoje wymagania piłkarzom, dławi ich osobowość i kreatywność" . To jednak trenerzy tacy jak Sachci,czy zaczynający wielką karierę od Parmy Carlo Ancelotti oraz wielu innych byli głównymi antagonistami treguartistów. Uważali oni, że taki ni pies ni wydra rozbija jedność w grze obronnej opartej na pressingu, nie pozwala na grę formacjami ułożonymi blisko siebie oraz przechyla balans w kierunku ofensywy. Jak to ujął Zola , który uciekł od Ancelottiego "Jemu chodziło tylko o pressing, podwajanie krycia i boiskową harówkę". Po latach Ancelotti przyznał ,że się pomylił uznając formację 4-4-2 za idealną. . Spór w istocie tyczył tego czy takich zawodników jak wyżej wymienieni uważać za trzeciego napastnika czy wydzielić dla niego osobna "linię" w systemie. Problem ten próbował rozwikłać Marcello Lippi twierdząc, że system z trójką napastników może polegać na grze w ustawieniu 4-3-1-2. Tym ,który jako pierwszy w futbolu włoskim wszedł na tory ofensywności , dodajmy nadmiernej , był ekscentryczny Zdenek Zeman. Lecz to Alberto Zaccheroniego uważa się za twórcę koncepcji ofensywnego gracza stanowiącego połączenie pomocnika z napastnikiem. To on w Udinese zaczął grać ustawieniem 3-4-1-2, które dziś po zmodyfikowaniu 3-4-2-1 jest równoważne z innymi systemami. Mimo tych włoskich dokonań futbol za sprawą trenera Realu Johna Toschaka skręcił w stronę zwiększenia elastyczności poprzez ustawienie 4-2-3-1 , w którym rola ofensywnego pomocnika jest kluczowa.

O tym, że emocje budzą emocje.
Trudno jednoznacznie zdefiniować czym są emocje .Medycyna uważa, że emocje to naturalne stany psychiczne towarzyszące powstawaniu i zaspakajaniu podstawowych potrzeb biologicznych człowieka. Ich zewnętrznymi objawami są zmiany czynności różnych narządów. Emocje są nie tylko reakcjami na bodźce środowiskowe ,ale same powodują wyzwolenie aktywności np. strach przed bólem wywołuje podobne reakcje jak sam ból. Medycyna uważa, że za emocje odpowiada układ rąbkowy w mózgu związany z autonomicznym układem nerwowym co sprawia ,że silne emocje są trudne lub niemożliwe do kontroli przez wyższe procesy psychiczne.
Psychologia natomiast uważa emocje za globalną reakcję organizmu za niespodziewane sytuacje , na zakłócenie równowagi w stosunkach z otoczeniem. Tym samym mogą one mieć wartość dodatnią lub ujemną. Psychologia rozgranicza życie człowieka na 3 dziedziny : aktywność, inteligencje i emocjonalność. W tym ujęciu emocjonalność stanowi podstawę życia psychicznego , fundament na którym buduje się relacje międzyludzkie oraz wszelkie więzy łączące człowieka z otoczeniem. Pozytywne stany emocjonalne jak np. zadowolenie sprzyjają rozwojowi ,także intelektualnemu człowieka ,zaś tak takie stany jak np. lęk spowalniają rozwój.
Wiedza o emocjonalności jest wykorzystywana na różnych poziomach i w różnych celach, nawet przestępczych, bowiem centralny układ nerwowy odpowiedzialny za procesy myślowe nie jest w stanie nad silnymi emocjami, pragnieniami zapanować. Np. karanie piłkarzy przez sędziów za silne negatywne emocje okazywane natychmiast po zdarzeniu jest przejawem albo nieuctwa, albo złośliwości .

O tym, że strach ma wielkie oczy.
Pisałem o medialnym oddziaływaniu na podświadomość i na pobudzaniu silnych emocji w felietonie "Szklana pogoda..." i chociaż nie sądzę, aby żurnaliści byli sami zdolni do takich reakcji to te metody w praktyce wykorzystują i to skutecznie. Wynika to nie tylko z natury mediów, ale i konieczności codziennego pisania , konieczności przyciągania uwagi widza czy czytelnika, więc często ze spraw normalnych czyni się sensację, często zgoła się zmyśla i oddziaływuje na emocje strachem. Dokładnie ten proces zaistniał przy tworzeniu fikcyjnego , oderwanego od rzeczywistości obrazu spadku Legii do I ligi. Sezonowe pismactwo i tacy sami przypadkowi kibice zderzyli się z rzeczywistością z jaką nie mieli do czynienia od 11 lat, a mianowicie ,że Legia nie walczy o Tytuł, ale wlecze się w ogonie peletonu i nastąpiło skojarzenie na zasadzie albo, albo. Albo walczy się o Mistrza, albo broni przed spadkiem, tak jak by nie było stanów pośrednich. Wytworzono fikcyjne zagrożenie , które nie miało prawa zaistnieć, po to ,aby podbić bębenek emocji wykluczający racjonalny ogląd i aby następnie opisywać heroiczną walkę jaką Legia toczy o uratowanie się przed spadkiem. Wszyscy byli taką narracją zainteresowani i media , bo tasiemiec serialowy funkcjonował, i kierownictwo klubu, bo odsuwało zarzuty o nieudolność i czyniło z władz bohaterskich ratowników, którzy zmyślnie powierzyli stery Vukoviczowi , i sztab na czele z trenerem , chodzącym w glorii fachury, i piłkarzom , bo walczyli jak lwy , by oddalić zagrożenie. Ta strategia zmieniła uzasadnione oskarżenia w klakierskie pochwały. Nie dziwię się, że przy tak zmasowanym ataku na zmysły, zwłaszcza słuchu , kibice uwierzyli w ten przekaz i wzięli ochoczo udział w tej wirtualnej szopce. A racjonalny ogląd pozwala na stwierdzenie, że Legia w obecnym sezonie realnie nigdy nie była zagrożona spadkiem. Owszem znalazła się na miejscu tzw. spadkowym , co było szokiem, ale miała do rozegrania jeszcze dwa zaległe spotkania . Teoretycznie , formalnie, matematycznie mogliśmy zlecieć do I ligi ,ale przy abstrakcyjnym założeniu, że nasza drużyna nic by nie wygrała, a nasi sąsiedzi czyli takie niepokonane tuzy jak BBT, Górnik Łęczna, Stal, Wisła, Warta wygrali by wszystkie mecze. Uwierzenie w taki scenariusz nigdy nie mieściło się dla mnie w kategoriach normalności. Nie chciałem i nie krytykowałem nadmiernie kierownictwa, ani kolejnych trenerów z Vukoviczem na czele, bo nie mam zwyczaju kopania leżącego ,ale to co obecnie się wyczynia napawa mnie obrzydzeniem. Toż to ci niekompetentni , nieudolni nieudacznicy, ta gromada pasożytów, z prezesem na czele wypina piersi po ordery za rzekome uratowanie klubu przed spadkiem. Gdyby to ode mnie zależało to dostali by kopa w dupę, a jak by było mało, to jeszcze po ryju .To co obecnie robią i mówią to bezwstydna buta , arogancja i hucpa. Bo to oni odpowiadają za zdegradowanie Legii do roli podrzędnego, śmiesznego klubiku - dostarczyciela punktów.
Aby podkreślić ten zakłamany przekaz pisano ,że najstarsi kibice nie pamiętają takiej sytuacji Legii. Otóż prawdziwi kibice Legii pamięć mają i to dobrą. My wiemy, że Legia dopiero od 10 lat zadomowiła się na stałe w czubie tabeli, a wcześniej takie przypadki były sporadyczne. Podobna do dzisiejszej była sytuacja Legii w sezonie 1990/91 , zaś realnie Legia była zagrożona spadkiem po wojnie tylko w sezonie 1991/1992, o czym pisałem wielokrotnie , kiedy to na dwie kolejki do końca była na miejscu spadkowym ,a uratowała się wygrywając dwa ostatnie mecze z Motorem w Lublinie 3:0 oraz u siebie z ŁKS 1;0. Przy czym ówczesnej i dzisiejszej konkurencji nie da się porównać, bo Legia broniła się przed spadkiem dysponując taką paką : bramkarze : Robakiewicz i Szczęsny : obrońcy : Zieliński, Szestakow, Gmur, Jóźwiak, Ratajczyk, Siadaczka , Kubicki ; pomocnicy : Sobczak. Czykier, Kacprzak , Bąk, Budka ; napastnicy : Kowalczyk . Łatka , Sazanowicz. Możemy sobie wyobrazić jak silna była konkurencja. Wtedy drużyna walczyła dzielnie, bo miała z kim, a dziś to wstyd przegrywać z byle kim. Wstyd.

O tym, że zawodnicy muszą wiedzieć co mają grać.
Tym ,który przetarł szlaki do nowoczesności był trener Arrigo Sachci, który definiował rozumienie gry przez zawodników w ten sposób ,że o tym co ma robić zawodnik na boisku decyduje : to w którym miejscu jest piłka, kto ją posiada, gdzie ja jestem, gdzie są moi partnerzy i gdzie są rywale. Systemy, ustawienia mają tylko w rozwiazywaniu konkretnych sytuacji boiskowych pomóc. Fachowcy dodają, że wykonalność zależy jeszcze od tego o co się gra, gdzie się gra, od wyniku oraz od fazy gry. Nie wolno także zapominać, że gra się formacjami i generalnie w zespole. Więc jak kto mówi, że futbol to prosta gra to raczy żartować. To wykonanie tych zadań składa się na postawę i w konsekwencji na wynik. Powtarzam te dziś już banalne stwierdzenia ,aby unaocznić ,że nasi zawodnicy zostali latem i jesienią ub. roku przygotowani do gry w eliminacjach i Pucharach europejskich bardzo dobrze tak pod względem fizycznym, jak i taktycznym , ale zadania jakie wykonywali były z gruntu odmienne od tych jakie na nich czekały w naszej lidze. I te dwie drogi, te dwie koncepcje mówiąc trywialnie się rozlazły i jeszcze się nie zeszły. Nasz zespół nadal nie radzi sobie dobrze w otwartej grze, a grać spotkań reaktywnie nie da się nawet z Lechem czy Rakowem . To jest oboczny efekt doboru zawodników, z ich brakiem wszechstronności taktycznej, elastyczności i mobilności. Przy takich zawodnikach rola trenera rośnie i wymaga od niego fachowości ,a nie tylko ludzkiej porządności.

O tym, że Legia zatraciła odwagę w promowaniu młodych graczy.
Jak wielokrotnie pisałem byłem zadeklarowanym przeciwnikiem zadekretowania obowiązkowości gry tzw. młodzieżowca w zespole ligowym. Z przyczyn zasadniczych , których nie ma co bez przerwy powtarzać. Lecz kiedy patrzę na poczynania kolejnych trenerów Legii to zaczynam mieć wątpliwości , czy ta moja pryncypialność jest słuszna. Co prawda bez takiego zapisu tacy trenerzy jak Skorża, Urban czy Berg stawili uporczywie na młodzież ,a przy tym zapisie tacy jak Michniewicz czy Vukovicz czynią to wielce niechętnie, więc może trzeba tych oportunistów zmuszać. Istota konkurencji , w piłce sprowadzająca się do selekcji polega na tym, że ona faktyczne ma miejsce. W przeciwnym wypadku mamy do czynienia z maskaradą, z zakamuflowana monopolizacją, z przekonaniem trenera o własnej wszechmocy i wszechwiedzy. To boisko powinno decydować kto jest dobry , kto się nadaje, a kto nie za bardzo. W przeciwnym wypadku utracimy wszystkich młodych piłkarzy, którzy chcą grać, a nie grzać ławę. Jak rozumiem Vukvicz uwierzył, że robi za strażaka i ratował tym co uważał za najlepsze ,ale nie rozumiem co sprawia ,że jak uratował to nadal gra tymi samymi zdartymi płytami . Wydaje się wręcz konieczne dać pograć młodym ,aby pokazali na co ich stać w meczach w sumie o nic. Mnie jakoś zatrważa taki przekaz trenera, który w obliczu kontuzji, słabszej formy, kartek narzeka ,że nie ma kim grać i z uporem trzyma na ławie lub poza składem tak zdolnych graczy jak : Strzałek . Włodarczyk, Pierzak, Mustafayew, Grudzinski czy Ciepiela. Samo trenowanie z kadrą pierwszej drużyny ich nie rozwinie ,a gra w III lidze ich uwstecznia . Przy czym jak oglądam mecze naszej II drużyny to akurat ci wymienieni wyrastają ponad jej poziom i dalsze ich tam trzymanie traci sens.
Wygląda na to, że Vukovicz stał się zakładnikiem własnych strachów.

O tym, że we wczorajszym meczu obaj trenerzy starli się z miernym skutkiem efektywnie zarządzać materiałem zawodniczym.
Gawin tym razem dość oszczędnie operował frazą Wink.Ja podążę trochę dłuższą drogą.
Ustaliliśmy, że zawodnicy powinni dokładnie wiedzieć jak zachowywać się w konkretnych sytuacjach boiskowych, tak aby je w sposób korzystny dla siebie i drużyny rozwiązać. Wczoraj założenia przedmeczowe przegrywały z rozwojem gry i stawały się nieaktualne. Górę brała improwizacja.
Widzieliśmy identyczne ustawienia taktyczne Legii i Jagi , ale też dostrzegliśmy w pierwszych minutach meczu odmienność planów gry obu drużyn, w zakresie organizacji gry i nastawienia . Lecz w miarę rozwoju gry te planowe założenia ulegały niekontrolowanej weryfikacji.
Nasz sztab uznał, że Jaga niepewna jeszcze teoretycznie bytu musi zagrać odważnie, tym bardziej ,że gra na własnym obiekcie przy dużej licznie kibiców. Za nadrzędne zadanie przy takim przewidywaniu uznano wybicie jej z uderzenia poprzez grę niespieszną i spokojną, polegającą na utrzymywaniu się przy piłce. I tu decydująca rola przypadała Josue.
Jednocześnie w przypadku przewidywanych ataków Jagi nasi postanowili wykorzystać metodę sprężyny czyli rozgrywanie piłki w pobliżu własnego pola karnego , wciągnięcie w ten rejon rywali i błyskawiczny przerzut piłki na skrzydła z pominięciem drugiej linii. I tu kluczowe role mieli do odegrania Wieteska i Kharatin.
Lecz ten plan spalił na panewce , bo Jadze ani w głowie były prowadzenie ataków. Rywale najpierw postawili na opanowanie środkowego rejonu pola gry i utworzenia w tej strefie zapory przed naszymi atakami oraz bazy pod ataki na Legię. Szybko okazało się, że gracze Jagi tych założeń nie byli w stanie zrealizować i zmuszeni zostali do wycofania gros sił pod własne pole karne oraz nieudolnych prób szybkiego ataku.
W odpowiedzi na takie dictum nasz zespół został niejako przymuszony do wchodzenia w atak pozycyjny co nie jest naszą ulubioną bronią ofensywną. Co prawda gracze Jagi w I połowie popełnili dwa poważne błędy ,ale w 27' Wszołek i w 31' Josue ich nie wykorzystali.
Z początkiem drugiej połowy nasz zespół został ponownie zaskoczony tym razem faktem przejścia zespołu Jagi do ataku. Efektem był gol dla rywali po beznadziejnej, kolejnej obronie przed rzutem rożnym. Po zdobyciu bramki rywale zaczęli grać na utrzymanie wyniku bez cofania się do głębokiej obrony. Ta bramka zmusiła trenera Vukovicza do odejścia od minimalizmu czyli stawiania na osiągniecie remisu jak najmniejszym wysiłkiem na rzec zmiany nastawienia poprzez zmiany personalne oraz zmianę ustawienia z 4-2-3-1 na 4-4-2. Zakłócił tym sposobem równowagę, ale też ona przy niekorzystnym wyniku przestała być wartością. Ale wprowadzenie Lopeza było falstartem, bo on nie jest w stanie wnieść korzyści do naszej gry. Dopiero ponowna korekta składu przez wprowadzenie Verbicza i Muciego przyniosła pożądany efekt. Nasz zespół był poważnie osłabiony w obronie i musiał nie tylko atakować ,ale przede wszystkim przyspieszyć grę i ponownie zmusić rywali do obrony. Oba te elementy wystąpiły i nastąpiło wyrównanie. Niestety z kolei to my zamiast iść za ciosem postanowiliśmy bronić remisu co przy tak słabej obronie nie było dobrym pomysłem, bo Jaga ponownie wyszła na prowadzenie. I znowu nasza pogoń za remisem zakończyła się powodzeniem. Moim zdaniem nie potrafiliśmy zdyskontować naszej dużej siły ofensywnej.
Przez długi okres wydawało się, że oba zespoły postanowiły nie przegrać spotkania i osiągnąć ten cel minimalnym nakładem sił. Lecz krew nie woda i górę wzięły emocje sprawiając, że wynik był taki sam, ale za to okupiony naprawdę dużym wysiłkiem.
Remis osiągnięty w ten sposób, że dwukrotnie odrabia się straty zasługuje na docenienie.

Sędzia spotkania Szymon Marciniak nie miał zbyt wiele pracy, albo dlatego, że zawodnicy obu drużyn szanowali swe kości i nie przesadzali z agresją, albo też zapanował nad grą i zaprowadził cywilizowane obyczaje. Co klasa to klasa.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1